Sezon-na-czeresnie

Sezon na czereśnie

Dwa lata temu, około marca 2018 zadzwoniły nasze telefony – to już pewne i oficjalne – znajomy zostanie księdzem! Wspaniała nowina! Trzeba coś zorganizować. Na wielu rzeczach się nie znamy, ale z muzyką jesteśmy zaprzyjaźnieni. Wybór więc był prosty – po Mszy Prymicyjnej zagramy koncert dla Krzysia. Skład zebrał się właściwie sam – kto nie chciałby brać udziału w tak pięknym wydarzeniu? Próby trwały prawie 2 miesiące. Graliśmy covery, bo po tej uroczystości mieliśmy się już nigdy nie spotkać. Nie, żebyśmy się nie lubili – wręcz przeciwnie. Często graliśmy w rodzinnej parafii, ubogacając liturgię Mszy Świętych, ale skład był zmienny, działaliśmy bardzo lokalnie i nie planowaliśmy niczego „większego”.

Pod koniec maja nastał długo wyczekiwany dzień prymicji. Nasz Pan ma nowego pracownika. Było wspaniale, a do tego nasz koncert został odebrany ciepło i życzliwie. Kolejne dni upływały w muzycznej ciszy. Z czasem zaczęło nam brakować prób i spotkań, więc po kilku dniach zrobiliśmy zebranie, żeby porozmawiać o naszej przyszłości. W koncert prymicyjny włożyliśmy dużo pracy i jeszcze więcej serca. Widzieliśmy uśmiechnięte twarze po drugiej stronie sceny. Poczuliśmy, że nie chcemy z tego rezygnować. Chcieliśmy spróbować. Przecież nic nie tracimy. Za to świetnie się bawimy i rozwijamy nasze talenty. No i potrzebna była także nazwa dla nowej ekipy… „Obrady” trwały stosunkowo krótko i… mamy to – SEZON NA CZEREŚNIE! Dlaczego wybraliśmy taką nazwę zespołu? „Sezon na czereśnie” jest czasem, kiedy wszystko wydaje się piękniejsze. Otaczająca nas zieleń, ciepłe promienie słońca i rozpoczynające się wakacje sprawiają, że mamy więcej energii do działania i jesteśmy szczęśliwi. Chcielibyśmy, aby ta radość życia trwała nie tylko kilka miesięcy, a cały rok. Dlatego z każdym naszym koncertem chcemy otwierać sezon na czereśnie, w którym ludzie cieszą się, że mogą tańczyć i śpiewać, a przy tym uwielbiać najwyższego Boga. Jako Czeresienki chcemy grać i śpiewać Panu z radością, która pochodzi od Niego.

Podczas tamtych wakacji udało się nam zagrać jeszcze dwa koncerty. Później powoli zaczęliśmy się rozwijać. Posługiwaliśmy muzycznie podczas liturgii Mszy Świętych, Dróg Krzyżowych. Graliśmy koncerty, w tym bardzo ważne dla nas koncerty charytatywne. Jeździliśmy na konkursy, na których zostaliśmy docenieni. Małymi kroczkami staraliśmy się iść do przodu.

Przez dwa lata zmieniał się skład zespołu, ponieważ na pewnym etapie życia mamy różne priorytety. Czasem sytuacja prywatna czy zawodowa zmusza nas do podjęcia określonych działań. Każde rozstanie jest dla nas trudne, ale wiemy, że żadna osoba w szeregach „Czereśni” nie była przypadkowa. Dziękujemy Panu za każdego człowieka, którego stawia na naszej drodze, czy to jako członka zespołu, pomoc techniczną (np. pomoc w realizacji teledysków, nagrań), osób z mediów, czy wspierających nas modlitwą, dobrym słowem lub finansami.

Nasza historia nie jest spektakularna, nie ma tutaj wielkiej pompy, czy zwrotów akcji. Wszyscy pochodzimy z katolickich rodzin i staramy się żyć wg Bożych Przykazań. Czasami bardziej po drodze nam z tym, co dostajemy od życia, jednak chwilami nie zgadzamy się z Panem Bogiem i ostro z Nim dyskutujemy. Myślę, że każdy z nas jest wdzięczny za wszystkie doświadczenia – te dobre i złe, bo to one nas kształtują. Jesteśmy wdzięczni za siebie i za to, w jakim momencie życia jesteśmy. Każdy z członków zespołu zawodowo zajmuje się czymś innym. Prywatnie również każdy z nas jest na innym etapie życia. To wszystko sprawia, że jesteśmy bardzo barwną grupą. SEZON NA CZEREŚNIE to miejsce w którym się rozwijamy, to nasza odskocznia od trudów codzienności. Próby są czasem artystycznej realizacji, a obecność przyjaciół niejednokrotnie pokrzepieniem serca po ciężkim tygodniu.

Obecnie jesteśmy na początku drogi spełniania swojego ogromnego marzenia, czyli tworzenia płyty. Wszystkie utwory będą autorskie. Każdy trochę inny, bo w każdej z naszych siedmiu dusz gra inna melodia. Jedno na pewno będzie wspólne – gramy na cześć Pana. Mamy nadzieję, że w naszych piosenkach będzie czuć radość bycia chrześcijaninem. 

Na koniec chcemy powiedzieć Wam:

róbcie to, co kochacie.

Zaufajcie Panu, a On postawi odpowiednie osoby na Waszej drodze. Nie zawsze będzie łatwo, nie zawsze tak jak w filmie, ale z Bożą pomocą wszystko jest możliwe.

Nieperfekcyjna-rodzina

Nieperfekcyjna rodzina

5 lat temu weszłam do Kościoła i kłóciłam się z Panem Bogiem – „dlaczego zabrałeś nam naszą córeczkę? W czym jesteśmy gorsi, w czym zawiniliśmy? Przecież modlimy się, przyjmujemy sakramenty, jesteśmy wierzący i praktykujący, a małżeństwa, które są daleko od Ciebie – mają dziecko”.

– To był mój najpoważniejszy kryzys wiary. Czas próby. Strata naszego pierwszego dziecka to był najtrudniejszy moment w moim życiu. Obraziłam się na Boga, więcej było we mnie żalu, niż wdzięczności za całe dobro, które przecież działo się wokół nas każdego dnia, ale łatwiej było mi wtedy dostrzegać tylko nasze rany.

Żałoba po stracie Wiktorii trwała kilka miesięcy, był to czas bardzo potrzebny, bo pozwolił na łzy, na pogodzenie się z tym, co się wydarzyło. Udało mi się uniknąć depresji tylko dzięki mojemu mężowi Łukaszowi – on nigdy nie powiedział, że czas przestać płakać, że czas wrócić „do żywych”. Dał mi tyle czułości i wsparcia, ile był w stanie – choć wiele bólu znosił dzielnie w sobie, nie okazywał mi go, by być dla mnie opoką. Mężczyzna też traci dziecko, tylko mało o tym mówi, stara się być dzielny, ale to nie oznacza, że nie cierpi tak samo, jak kobieta.

Nadal modliliśmy się, chodziliśmy na Mszę świętą, ale powoli zaczęła wkradać się w nasze życie tak zwana letniość duchowa. Ja miałam problem z regularną modlitwą, ale dziś wiem, że bez niej, nawet kilka minut dziennie, nie byłabym tu teraz w tak dobrym stanie psychicznym.

Nie byłam w stanie spotykać się z przyjaciółmi, którzy mieli małe dziecko. Nie czułam zazdrości – cieszyłam się z ich szczęścia naprawdę szczerze, ale w tych maleństwach widziałam naszą córeczkę Wiktorię. Trwało to kilka miesięcy.

Kiedy nastąpiło moje nawrócenie? Wbrew pozorom wtedy, kiedy zaczęłam kłócić się z Panem Bogiem, zadawać tysiące razy pytanie „dlaczego my?” – zaczęłam budować z Nim prawdziwą relację. Rozmawiać o tym, co mnie boli i po jakimś czasie nauczyłam się też słuchać, co do mnie mówi, a nie tylko stawiać Mu warunki. Po kilku takich rozmowach z Nim, przeczytałam w internecie o Cudzie Eucharystycznym w Sokółce. I wtedy padła szybka decyzja – „pojedźmy tam”.

Rok 2016 i nasz pierwszy pobyt w Sokółce. Modlitwa, Msza święta i w końcu zaczęłam ufać Panu Bogu i oddałam się Jego Woli. Bo po ludzku już nie byłam w stanie żyć tu i teraz, uprawiałam taką mistykę gdybania – a co by było, gdyby… Podczas pobytu tam, popatrzyłam ukradkiem na mojego męża i przeszła mi taka myśl przez głowę – „a co jeśli nigdy nie będziemy mieć dzieci? Czy to oznacza, że będę już tylko żyła przeszłością, pełna goryczy i żalu?” I wtedy właśnie poczułam, że rozumiem o co chodzi w relacji z Panem Bogiem – nie mogę Go traktować jak kogoś, kto ma za zadanie tylko wręczać mi prezenty i spełniać moje wszystkie prośby tu i teraz. W końcu nabrałam pokory i spokoju.

Nawrócenie to nie jest zawsze moment pełen fajerwerków i doznań duchowych. Czasem przychodzi po cichu, wśród naszych codziennych spraw, tylko trzeba otworzyć swe serce i uszy i w końcu zacząć też słuchać natchnienia Ducha świętego, a nie tylko mówić i żądać spełnienia naszych pragnień.

Dziś jesteśmy rodzicami dwóch pociech: 4-letniej Marysi i 2-letniego Janka. Nasze dzieci to cud od Boga, bo za każdym razem, gdy byliśmy w Sokółce i prosiliśmy o dar potomstwa, jeśli taka jest wola Boga, to go otrzymywaliśmy. Ale co najważniejsze – nie pielgrzymujemy do Sokółki tylko po to, by o coś prosić – jeździmy tam przede wszystkim, by dziękować za to, co już mamy.

Oskar-Pryba

Oskar Pryba

Czy człowiek „wierzący” może się nawrócić? Albo inaczej. Czy człowiek, który myśli, że wszystko w jego wierze jest poukładane, jest w stanie na nowo odkryć żywego Boga? Pewnie tak, bo inaczej nie byłoby tego świadectw.

Cześć! Jestem Oskar, mam 24 lata i jestem diakonem na 6. roku formacji w Seminarium Duchownym. Skoro już coś o mnie wiesz, to chciałbym Ci opowiedzieć moją historię. Może wydawać się mało spektakularna, gdyż nie ma w niej hollywoodzkich efektów specjalnych, czy też występu kaskaderów. Wiedz jedno – wydarzyła się naprawdę i dotknęła głębi mojego serca.

Dużo wiedziałem

W pewnym momencie mojego życia myślałem, że sporo wiem o wierze, o Bogu, o przykazaniach, o liturgii. Było to dla mnie bardzo ważne, żeby wiedzieć. Dużo wiedzieć. Wiara oznaczała dla mnie posiadanie bogatego, teologicznego słownictwa. Znajomość treści teologicznych, a przede wszystkim była takim postrzeganiem Mszy św., w której bardzo ważne (o ile nie najważniejsze) były przepisy liturgiczne.

I ktoś może powiedzieć – przecież nic w tym złego. Nie jest to wybitnie „grzeszne” życie. Nie stoczyłem się. Nie byłem powodem zgorszenia… Ale z pewnością zapomniałem o żywej relacji z Bogiem, który miał (i ma) mi coś jeszcze do powiedzenia. Co więcej, potrafiłem porównywać swoją wiarę względem innych osób. Nawet myśląc o Kościele, wiedziałem dla kogo jest w nim miejsce, a dla kogo brakuje. Tak, pewnie to była pycha. Ukryta i podstępna.

I niczego się nie spodziewając, nie myśląc zbyt wiele. Nawet nie chcąc zmieniać swojego życia, bo przecież nie widziałem w nim nic złego… To jednak Bóg postanowił zadziałać podczas jednego wydarzenia, kiedy zmieniło się bardzo wiele (o ile nie wszystko).

Nowy rozdział

Wszystko zmieniło się w trakcie Kursu Paweł. Dla tych, którzy nie wiedzą, czym jest ten kurs, już wyjaśniam. To rekolekcje, które uczą ewangelizować, czyli głosić Jezusa zawsze i wszędzie (w dużym skrócie). Ja jednak na ten kurs trafiłem przypadkowo (a przecież „przypadek” to inne imię Ducha Świętego). Dzisiaj z pewnością odczytuję to jako Jego działanie.

W trakcie tego kursu – być może po raz pierwszy tak świadomie – wróciłem do fundamentów mojego życia. Na nowo doświadczyłem, że jest Bóg, który mnie kocha za darmo i bez ograniczeń. Pomimo moich słabości i mojej niedoskonałości. Poznałem i przyjąłem do swojej świadomości, że jestem grzesznikiem. Ale mam jedynego Zbawiciela – Jezusa. Ponownie podjąłem decyzję wiary i nawrócenia. Uznałem i ogłosiłem Jezusa za Pana swojego życia. Modliłem się o Ducha Świętego i na nowo zacząłem rozumieć wspólnotę, jaką jest Kościół.

Być może gdy czytasz te kilka zdań, wydaje Ci się jedynie deklaracjami, podstawami, o których każdy wie. Jak się okazało w moim życiu – wiedzieć to za mało. Można bowiem posiadać wiedzę, ale nigdy nie być w relacji. Można wiedzieć coś o Bogu, a wcale Gonie znać. Te kilka decyzji, które są fundamentami wiary – odkopane i odkryte na nowo, pozwoliły mi inaczej spojrzeć na moje życie i powołanie, które daje mi Bóg.

Krok wstecz

Nawrócenie to przede wszystkim zmiana myślenia. I do tego po tym Kursie doszło. Kiedy przestałem myśleć o wierze jako o zbiorze reguł i przykazań, a zacząłem żyć w relacji z Bogiem. Kiedy chociażby moja modlitwa przestała być jedynie wypowiadaniem formułek, a stała się rozmową z żywym Bogiem. Oczywiście, to nie jest tak, że stałem się idealny i doskonały, ale mam takie przekonanie, że zbliżyłem się do Boga i nadał On nową jakość mojemu życiu.

Drogi czytelniku! Jest Bóg, który Cię kocha w tym momencie i nigdy Ciebie nie opuścił. Nie musisz pracować na Jego miłość, ale dostajesz ją „for free”. Czy ją przyjmiesz? Challenge accepted?

Aleksandra-Kisiel

Aleksandra Kisiel

Razem z moim chłopakiem handlowaliśmy narkotykami, eksperymentowaliśmy. W końcu wpadliśmy w poważny nałóg. Po założeniu własnej plantacji nie musieliśmy się martwić o pieniądze i to właśnie nimi chcieliśmy zapchać całą tę pustkę, która nieustannie dawała się nam we znaki.

„Po co to wszystko? Po co żyjemy? Jaki jest sens tego wszystkiego? Czy kiedykolwiek będę szczęśliwa?” Tak bardzo obawiałam się tragicznych odpowiedzi na te pytania, że wolałam nie trzeźwieć. Z tego powodu nie byłam w stanie dłużej studiować, normalnie funkcjonować, utrzymywać relacji z ludźmi.

Ważne były tylko doznania, coraz mocniejsze – narkotyki, seks, kradzieże, imprezy… I tak w kółko, a depresja potęgowała. W końcu wyjechaliśmy do Holandii na zaproszenie przyjaciela, który dowodził tamtejszą mafią. I tam mój świat stanął na głowie. Nie dość, że z naszych planów nic nie wyszło, bo nagle Majk został aresztowany, to w oczekiwaniu na rozwiązanie tej sytuacji, znalazłam się wśród wielu młodych ludzi, którym nie zależało na niczym poza robieniem pieniędzy i dobrym towarem. Nie mogłam w to uwierzyć. Wielu z nich było młodszych ode mnie i nie chcieli nic więcej. Nie mieli planów, ambicji, marzeń. Pieniądze i narkotyki. Poczułam, że to wszystko gnije od środka.

Jednak szybko uświadomiłam sobie, że jestem zupełnie taka sama. Tracę poczucie mojego człowieczeństwa, sensu. Daję sobie wykraść najlepsze lata mojego życia, dotykam dna i albo zakończę to tu i teraz, albo popłynę tym samym nurtem rzeki.

Po powrocie – rozstaliśmy się. Zostałam sama – bez pieniędzy, bez studiów, bez dragów, bez żadnego wsparcia. Nie wiedziałam, co robić. Podzieliłam się swoją sytuacją ze znajomym, na którego w czasach gimnazjum mogłam liczyć, który nigdy mnie nie skreślił. Obiecał mi pomodlić się za mnie i chociaż wydawało mi się to dziwne, bo szczerze mówiąc, nie takiego wsparcia oczekiwałam, to niebawem dostałam od niego SMS-a.

Był już późny wieczór, byłam sama w swoim pokoju i przeczytałam modlitwę, której fragment brzmiał: „a Duch Boży niech cię napełni i wyciszy”. Gdy tylko przeczytałam te słowa, poczułam taki wielki pokój, jakiego dotąd nie znałam. Chciałam zacząć od nowa i uwierzyłam, że mogę. Że ten Bóg, o którym tyle słyszałam na katechezach, w różnych miejscach – istnieje naprawdę. Nagle zaczęło do mnie docierać, co często słyszałam na tych lekcjach o ofierze Jezusa, o tym, że On oddał za mnie życie, że dzięki Niemu mogę żyć naprawdę, że wybaczy mi grzech.

Teraz albo nigdy.

Zaczęłam mówić do Niego, że nie chcę i nie mogę już dłużej tak żyć. Że to mnie zabija, że nie wiem, kim jestem i że chcę zacząć wszystko od nowa. Czułam, że moje słowa nie odbijają się od ściany, ale są przyjmowane przez Kogoś…

– No dobrze, ale nawet jeśli zacznę wszystko od nowa, to jaki jest sens mojego życia? – odważyłam się zadać to pytanie po raz pierwszy w życiu. I pierwszy raz w życiu usłyszałam odpowiedź: – Od teraz wszystko co robisz, będzie na moją chwałę.

Przestraszyłam się w pierwszej chwili, że zwariowałam. Ale zaczęłam pytać dalej, o moje życie, o to co będzie ze mną. I na wszystkie pytania przychodziła odpowiedź, bardzo jasna i konkretna. Usłyszałam, że On się zatroszczy o wszystko, że wszystko odnowi, że przywróci mnie do życia. Pośle do ludzi, abym mówiła o tym, co uczynił dla mnie.

Nie mogłam uwierzyć, że ktoś taki jak ja miałby kiedykolwiek mówić o Bogu. Ale na koniec usłyszałam tylko: – zaufaj mi, wszystko będzie dobrze.

Uchwyciłam się tych słów i ogarnęła mnie tak wielka radość, że chciałam krzyczeć, uwielbiać Jezusa, choć nigdy wcześniej tego nie robiłam. Powiedziałam na koniec: – Jezu oddaję Ci swoje życie, jesteś moim zbawicielem.

Następnego dnia spotkałam się ze znajomym, od którego dostałam tego SMS-a. Opowiedziałam mu, co zaszło, spodziewając się co najmniej wyśmiania. A on słuchając uważnie, podsumował mnie: – No, w końcu!

Coo? Nie mogłam uwierzyć. Czy to ukryta kamera? Co tutaj się dzieje? Powiedział mi wtedy, że gdy mnie poznał, Bóg powiedział mu, aby się modlił o moje nawrócenie. Trwało to 7 lat. A tamtego dnia, gdy rozmawialiśmy ostatni raz, akurat prowadził spotkanie wspólnoty i wszyscy modlili się o to, aby Bóg przyszedł do mnie i zmienił moje życie.

Na koniec tej rozmowy, Krzysiek pomodlił się nade mną o uwolnienie z uzależnień. Następnego dnia byłam całkowicie wolna. Nigdy więcej nie musiałam sięgnąć po narkotyki.

Niespełna miesiąc po tej nocy Bóg postawił mnie przed moim byłym liceum, gdzie miałam podzielić się tym doświadczeniem. Później zaczęły się różne wyjazdy, rekolekcje.

Odnowił moją relację z rodzicami, a potem pociągnął ich do siebie, tak, że są dzisiaj we wspólnocie, która modliła się o moje nawrócenie.

Dostałam się na wymarzone studia i mogę rozwijając swoje pasje na chwałę Boga. Prowadzić innych do Jezusa, ale też uczyć, jak wykorzystywać dane nam przez Boga talenty.

Jezus dał mi nowe życie. Zbudował mnie od nowa, choć sama nie widziałam już dla siebie nadziei. On jest dobry, nigdy Cię nie potępił i chce dla Ciebie dobra. Chce, abyś miał w Nim życie i to życie w obfitości! Ale czy Ty tego chcesz?

S.Aniela-OFM

s. Aniela OFM

Z jednej strony – duszpasterstwo, Kościół, rozmowy o wierze, wolontariat, a z drugiej – alkohol, chłopcy, imprezy (czasem kilka razy w tygodniu można było mnie zobaczyć w klubie). Bywało tak, że wracałam na mieszkanie o 3-4, po czym wstawałam o 6 i szłam na roraty. Szalone!

Moje imię ze chrztu to Justyna. Aniela to imię zakonne. Pochodzę z rodziny wierzącej, praktykującej. Znam widok modlących się rodziców samotnie i razem z nami – dziećmi.

Po raz pierwszy doświadczyłam żywego Boga, kiedy miałam 11 lat. To było na jednej z adoracji w naszym kościele parafialnym podczas błogosławieństwa Najświętszym Sakramentem. – Justynko, pójdź za mną – usłyszałam. – Okej – tak brzmiała moja odpowiedź. Naprawdę. To doświadczenie było na tyle mocne, że po powrocie do domu wygooglowałam, „czy można poczuć powołanie w wieku 11 lat”. Na samą myśl o tym, aż śmiać mi się chce, ale tak właśnie było. Uspokojona znalezionymi odpowiedziami, na spacerze oznajmiłam rodzicom, że zostanę siostrą zakonną. Rodzice bardzo szybko, z uśmiechem, zakończyli rozmowę, mówiąc mi, że każdy o tym myśli i że zazwyczaj w praktyce wychodzi odwrotnie. No cóż…

Zaczął się okres dojrzewania, a mnie ciągle ciągnęło do Kościoła. Dołączyłam do Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży, gdzie rozpoczęła się moja przygoda ze świadomą wiarą. Spotkania, wspólne adoracje, śpiew, poznawanie prawd wiary, doświadczenie wspólnoty, Ruch Czystych Serc – wszystko to powoli mnie formowało.

Później nastąpił kryzys i nastoletni bunt. Ubierałam się na czarno, słuchałam ostrej muzyki, kłóciłam się z rodzicami. Często płakałam. Czułam się samotna i opuszczona. Miałam już dosyć. Coś (albo Ktoś) popchnęło mnie do tego, żeby otworzyć Pismo Święte. Trafiłam na fragment – „Lecz ja zawsze będę z tobą”. Wtedy to był punkt mojego nawrócenia. Poczułam się ważna i kochana przez Boga, którego pierwszy raz świadomie doświadczyłam jako Osobę. Zaczęłam się zmieniać.

Szkoła średnia to czas, kiedy zaczęły wracać myśli dotyczące powołania. Z jednej strony Kościół, a z drugiej chęć bycia popularną, lubianą wśród rówieśników. Z jednej strony abstynencja do 18., a z drugiej po 18. picie alkoholu na pokaz. Cieszyłam się tym, że byłam lubiana, ale nie dawało mi to szczęścia. Czułam, że udaję kogoś, kim do końca nie jestem. Ciągle miałam w sobie pragnienie „czegoś więcej”. Jeździłam na różne spotkania młodzieżowe. W głowie utkwił mi taki obrazek z adoracji, kiedy dziewczyna siedząc na podłodze, oparła swoją głowę o ławkę i tak wpatrywała się z wyraźną miłością w Jezusa. Pomyślałam sobie wtedy – „Ja też tak chcę!”. I poszukiwałam. Przejrzałam mnóstwo stron internetowych różnych zgromadzeń, ale żadna mnie nie zatrzymała. Na pytanie – „jak rozpoznać, że to jest TO”, słyszałam – „to się po prostu wie”, co mnie tylko irytowało.

Dowiedziałam się w końcu, o co chodzi, gdy próbując odnaleźć znaczenie krzyża Tau (który dostałam w prezencie od księdza) trafiłam na stronę siostryzorlika.pl. Od tego momentu cokolwiek bym nie robiła – ciągle myślałam o tych siostrach. Umówiłam się z jedną z nich, że spotkamy się na Lednicy. Do spotkania nie doszło i już myślałam, że to znak, żeby szukać gdzieś indziej, ale w ręce trafił mi obrazek sióstr. „Okej, czyli mam poczekać” – pomyślałam.

Zaczęłam wymarzone studia. Umówiłam się z Bogiem, że wstąpię do zakonu, jeżeli przez ten rok nie znajdę sobie potencjalnego męża. W międzyczasie byłam na rekolekcjach u Sióstr, gdzie… nic mi się nie podobało! No ja tu oczekiwałam ochów i achów, fruwającego serca, a tu nic. Zatrzymało mnie jednak wewnętrznie to, że poczułam się tam jak w domu. Wróciłam na studia i znowu zaczęło się balansowanie między skrajnościami. Z jednej strony – duszpasterstwo, Kościół, rozmowy o wierze, wolontariat, a z drugiej – alkohol, chłopcy, imprezy (czasem kilka razy w tygodniu można było mnie zobaczyć w klubie). Bywało tak, że wracałam na mieszkanie o 3-4, po czym wstawałam o 6 i szłam na roraty. Szalone!

Kolejny moment nawrócenia nastąpił u mnie podczas adoracji i nabożeństwa z modlitwą o uzdrowienie wewnętrzne i zewnętrzne. Wtedy usłyszałam słowa: „Nie lękaj się. Nie bój się żyć ze Mną”. Otrzymałam wtedy światło na fałsz, jakim żyłam do tej pory. W jak wielu sytuacjach szukałam poczucia swojej wartości u innych, karmiąc ego czymś, co nie jest w stanie mnie napełnić. Długo płakałam. Nie wiedziałam, co się ze mną dzieje.

Tydzień później byłam już na tzw. „rozeznaniu” u Sióstr Franciszkanek. Ostatniego dnia była Ewangelia o powołaniu Lewiego, który „wstał i poszedł za Nim”. Tego dnia poprosiłam o przyjęcie do Zgromadzenia.

Został mi jeszcze drugi semestr studiów, który chciałam skończyć. Zaczął się tym, że rodzice pod wpływem emocji (w związku z moją decyzją) odcięli mi środki na utrzymanie się. Nie wiedziałam, czy robię dobrze, ale otwierając Pismo Święte trafiłam na fragmenty – „Nie troszczcie się zbytnio o swoje życie, o to, co macie jeść i pić, ani o swoje ciało, czym się macie przyodziać” i „[…]  radujcie się, choć teraz musicie doznać trochę smutku z powodu różnorodnych doświadczeń”. I Bóg się o mnie zatroszczył. Najpierw zupełnie się tego nie spodziewając, dostałam pieniądze, a wkrótce znalazłam pracę. Po pewnym czasie dogadałam się z moimi rodzicami, którzy są teraz dla mnie wsparciem.

Była też jeszcze jedna próba. To, że zadeklarowałam się w Zgromadzeniu jako kandydatka, nie oznaczało dla mnie brak imprez. Pamiętam szczególnie jedną, na której tańczyłam i rozmawiałam z jednym chłopakiem, którego sama poderwałam. Wymieniliśmy się numerami. Tańczyliśmy dalej i nagle miałam takie poczucie, jakbym patrzyła na całe miejsce z zewnątrz – jak ktoś, kto ogląda film – i usłyszałam w sobie pytanie: „Justyna, co Ty robisz?”. Jakbym dostała w głowę. Jakbym Kogoś zdradziła. Od tego momentu byłam uważna na to, co robię. Tak, do końca chodziłam na imprezy, do końca byłam otwarta na wszystko, ale z wiernością wyborowi, który wstępnie podjęłam. I w końcu wstąpiłam!

Idzie mi już piąty rok w zakonie. Odkrywam coraz bardziej prawdę o sobie. Jak to się stało, że zaczęłam „szukać piękna” (nazwa konta na Instagramie – przyp. red.)? Zobaczyłam, jak często zapominam o swojej wartości, którą mam w Bogu. Jak bardzo wtedy staram się szukać jej u innych ludzi, doszukiwać się swoich braków. To właśnie szukanie Boga, Jego Oblicza w pięknie, mnie zmienia. Nadaje mojemu życiu sens na każdej płaszczyźnie – jako człowieka, kobiety, katoliczki, siostry. To właśnie postawienie Jego w centrum mojej codzienności, pomaga mi dostrzec moją własną wartość, o której codziennie mnie przekonuje w Swoim Słowie, w moich talentach, w dobru, które otrzymuję. I nie pozwala mi tkwić w beznadziei, kiedy zgrzeszę. Nie mówię, że zawsze jest kolorowo. Zazwyczaj to są „góry i doliny”, ale wiem już gdzie i do Kogo mam wrócić.

Początkowo Instagram miał być dla mnie motywacją do codziennego, wiernego rozważania Ewangelii z dnia. Z czasem stał się też okazją do poznania wielu pięknych, inspirujących i zawstydzających mnie swoją wiarą – LUDZI.

Anna-Kasperek

Anna Kasperek

Rodzice podjęli decyzję o separacji. Ten niełatwy czas pokazał mi, że Bóg naprawdę z każdej, nawet po ludzku trudnej sytuacji, potrafi wydobyć dobro.

Pamiętam, jak w dzieciństwie często spędzaliśmy wakacje na wsi. W głowie mam obraz babci, którą widziałam klęczącą co rano do modlitwy, albo idącą na 7:00 na Eucharystię do pobliskiego kościoła. Wieczorem często całą rodzinę, która przyjeżdżała, babcia gromadziła na wspólnej modlitwie różańcowej. Pod koniec szkoły podstawowej bardzo chciałam znać wszystkie części różańca na pamięć. Babcia znała. Takie wycinki pamiętam z dzieciństwa. 

Na co dzień w domu nie było jednak tak kolorowo. Sporo napięcia, krytyki, poniżających słów. Takie „życie na bombie”. Moim azylem było podwórko. Później harcerstwo. W domu na co dzień wiara była nam przekazywana w tradycyjny sposób. Pojawialiśmy się w niedzielę w kościele, byliśmy prowadzeni do sakramentów.

Można powiedzieć, że przez większość życia miałam świadomość, że Bóg jest. Mam wrażenie jednak, że nie miałam z Nim żywej relacji. Wszystko zmieniło się w trudnym dla mnie momencie życia, który przechodziła moja rodzina. Rodzice podjęli decyzję o separacji. Ten niełatwy czas pokazał mi, że naprawdę Bóg z każdej, nawet po ludzku trudnej sytuacji, potrafi wydobyć dobro. U mnie tak było.

Dotychczas większość życia zajmowała mi szkoła, sport i harcerstwo. W wieku 11-12 lat ze wszystkimi koleżankami i kolegami z klasy poszłam na pierwszą zbiórkę do harcerskiej drużyny i jako jedyna z tej paczki zostałam na dłużej. Drużyna harcerska była dla mnie jak rodzina. Tam czułam się dobrze. Tam też poznawałam ludzi o różnych poglądach. Uczyłam się z nimi rozmawiać, współpracować, traktować z szacunkiem. Była to dla mnie niesamowita lekcja, której owoce dostrzegam do dzisiaj. Uwielbiałam sport, a szczególnie koszykówkę. W pewnym momencie myślałam nawet, żeby grać w koszykówkę zawodowo.

Zaczęłam szkołę średnią. Trudna sytuacja, którą przeżywaliśmy w naszej rodzinie miała miejsce mniej więcej w tym samym czasie. Z tego czasu bycia w szkole średniej chciałabym przytoczyć kilka ważnych momentów, w których doświadczyłam Bożej Obecności.

Jedno z wydarzeń miało miejsce na pierwszej katechezie w tej szkole. To co przeżyłam na tej lekcji nazywam „moim osobistym Zesłaniem Ducha Świętego”. Ta lekcja organizacyjna i to w jaki sposób Bóg do mnie „przemówił”, to dowód na to, że Bóg jest naprawdę pomysłowy. Nie umiem tego opisać ani wytłumaczyć, ale po tej lekcji wiedziałam, co chcę robić w życiu, a raczej jaki Bóg ma pomysł na moje życie. Oczywiście do realizacji planu potrzebna jest też zgoda człowieka. Nie wiedząc, że istnieje taki kierunek, wiedziałam, że chciałabym studiować teologię. Bardzo się z tego cieszyłam! Bo ta świadomość, że wiem, co chcę w życiu robić, to jest coś pięknego, co ogarnia całego człowieka i napełnia radością! Ja tak miałam! W ogóle nie zastanawiałam się nad niczym, gdzie, co, za co. Nie kalkulowałam.

Drugie, patrząc z perspektywy czasu, widzę, że było spotkaniem z Bogiem, który jest Miłością. Po jednej z lekcji religii katechetka poprosiła mnie, żebym na chwilę została. Nie byłam chętna. Nie chciałam z nikim rozmawiać. Ale, kto zna Panią Anię, bo o niej mowa, wie, że umie ona rozmawiać z młodzieżą i że jest nieugięta (w pozytywnym tego słowa znaczeniu i dziękuję jej, jeżeli to czyta). Ma ona niesamowitą zdolność widzenia rzeczywistości w świetle wiary. Zauważyła, że coś jest nie tak i bardzo chciała mi pomóc. Wysłuchała i… zaproponowała, żebym wzięła udział w czymś, co nazywa się Kurs Filip (dzisiejszy Kurs Nowe Życie). Poszłam pierwszego dnia i… w ogóle nie chciało mi się iść na kolejne dwa dni. Byłam zniechęcona. Do tej pory nie wiem, co się stało, że jednak przemogłam się i poszłam na kolejne katechezy. Ta sytuacja nauczyła mnie, że im bardziej mi się nie chce, tym bardziej warto wytrwać do końca. Sam Jezus powiedział: „Kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony” (Mt 24,13).

Z perspektywy czasu bardzo się cieszę, że przyszłam drugiego dnia. Wtedy przeżyłam coś dla mnie bardzo ważnego. Pierwszą ważną rzeczą była modlitwa przebaczenia. Przebaczenia wszystkim, którzy zawinili przeciwko mnie. Sama nie dałabym rady, ale obraz Jezusa, który będąc na krzyżu, modli się: „Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą co czynią”, tak bardzo mnie poruszył, że Pan dał mi tę łaskę, żeby zdecydować, przebaczyć. Miałam wtedy 17-18 lat, a mam poczucie, że ta decyzja nadal rezonuje na całym moim życiu w pozytywny sposób. Następnie zdecydowałam się na wybranie Jezusa, jako mojego Pana i Zbawiciela. Potem była modlitwa wstawiennicza. Pamiętam, że modliły się za mnie dwie osoby. I stało się dla mnie coś, co naprawdę zmieniło moje życie. To doświadczenie niewyobrażalnej, nie do opisania Bożej Miłości. Czułam się, jak w niebie! To było coś niesamowitego! To doświadczenie spotkania żywego Boga zmieniło moje życie. Spotkałam Jezusa, który jest Osobą, który chce mieć ze mną relację, który jest mi bliski. Czułam w ciele (można powiedzieć) taki ogień. Ogień symbolizuje Ducha Świętego i On mnie „ogarnął”, prowadził dalej. Było to tak mocne doświadczenie, rodzące we mnie głęboką radość, że miałam takie poczucie, że wszystkim chcę opowiedzieć o tym doświadczeniu.

W międzyczasie dzięki Panu historykowi ze szkoły średniej zaczęłam czytać Pismo Święte. Czytane tylko dlatego, że nauczyciel często zadawał nam pytania dotyczące Biblii. Zaczęłam je czytać, ale tak jak jedną z wielu książek, które się czyta. Nie było to dla mnie w tamtym momencie żywe Słowo. Dużo zmieniło się na rekolekcjach ignacjańskich w ramach Szkoły Kontaktu z Bogiem, gdzie pojechałam w szkole średniej. Będąc 3 dni w milczeniu, uczyłam się słuchać Boga, który mówi w ciszy. Na tamtych rekolekcjach na I i II stopniu Pan do mnie mówił przez Słowo. To było niesamowite! Tym oto pozytywnym akcentem skończyłam szkołę średnią.

Bardzo chciałam pójść na teologię. Było to możliwe dopiero rok po maturze, w międzyczasie zaczęłam inne studia, które jak się potem okazało, były „po coś”. W tym pierwszym roku studiów uczestniczyłam też w spotkaniu ewangelizacyjnym z dr Carol Razzą i tam wydarzyła się kolejna rzecz, która cały czas owocuje w moim życiu. Carol powiedziała: „Kto ma poczucie, że Pan wzywa go do ewangelizacji, niech wyjdzie na środek, to się pomodlimy”. Wyszłam. Modlili się za mnie i po jakimś czasie od tego momentu zaczęły się dziać „dziwne rzeczy”, a to miałam udzielić jakiegoś wywiadu w gazecie, innym razem w telewizji. A… Zapomniałam wspomnieć, że wystąpień publicznych unikałam przez całą edukację, jak ognia. Praktycznie nie pamiętam momentów bycia w szkole, gdy miałam rękę w górze, żeby o coś zapytać, czy odpowiedzieć na zadane pytanie. Teraz wiem, że pytać warto i często zachęcam do tego moich uczniów.

W międzyczasie studiowałam i pracowałam w szkole, ucząc religii (to jest też osobna historia, jak Pan Bóg o to wszystko się zatroszczył). Następnie w 2017 r. pojawił się pomysł założenia ewangelizacyjnej strony o nazwie „Harcerka od Pana Boga”, aktualnie „W Bożej Obecności”. W międzyczasie pytałam Pana Boga o kanał. Mówiłam: Boże jeśli chcesz tego kanału, to zakładam zbiórkę na sprzęt. Jeśli zbiorę pieniądze, to znaczy, że to jest Twoja wola. Szczerze, nie sądziłam, że to się w ogóle uda i… trochę odetchnęłam z ulgą, bo nie sądziłam, że zbiorę wyznaczoną kwotę, gdyż nie opublikowałam wcześniej żadnego filmiku (poza tym, co musiałam w ramach zbiórki). Wystąpienia publiczne w moim wykonaniu działają tylko, jeśli wierzysz w słowa: „moc doskonali się w słabości” (2 Kor 12, 9b) – te słowa wiszą nad moim biurkiem i są słowami, na których się opieram, odkąd tylko uczę w szkolę. W pewnym momencie zbiórki był też taki moment, że było ponad 50% zebranej kwoty i zbiórka zatrzymała się. Pewnego dnia poszłam na spotkania wspólnoty, gdzie około 2 godziny uwielbialiśmy Boga, skupialiśmy się na Nim. W przeciągu 3 dni od tego spotkania zbiórka przyspieszyła w taki sposób, że miałam uzbierane ponad 100% kwoty, której potrzebowałam. Wierzę, że Bóg się o to zatroszczył, i że prawdziwe są słowa: „«Starajcie się najpierw o królestwo Boże i Jego sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane»” (Mt 6, 33).

Odkąd doświadczyłam Boga, który jest żywą Osobą mogę śmiało powiedzieć, że moje życie to nieustanna, niesamowita przygoda. Relacja z Duchem Świętym, który jest we mnie, który sam wkłada swoje słowa w moje usta jest dowodem na to, że Bóg posługuje się słabymi ludźmi, którzy naprawdę sami z siebie w życiu nie robiliby tego, co robią.

Dzięki Ci Jezu za tę historię. Za to, że mnie znalazłeś, że jesteś żywy. Chwała Tobie Panie za prawdziwych świadków wiary, którzy mają żywą relację z Bogiem i którzy potrafią innym Ciebie pokazywać. Dziękuję Ci, że przez życie innych możemy przeczytać Ewangelię. Dzięki Ci Boże, że miałam okazję takich ludzi na swojej drodze spotkać! Dziękuję Ci Boże za trudne momenty, z których potrafisz wydobyć dobro.

1_Szczesliwa-Rodzina-Milosna-Strona-Internetu

Szczęśliwa Rodzina

– Śmierć dziadziusia Janka podczas naszego wesela i dwuletnie zmaganie się o poczęcie dziecka. Te dwa po ludzku traumatyczne wydarzenia były dla nas okazją, aby paść na kolana przed Bogiem i powierzyć Jego łasce całe swoje życie – wyznają Karolina i Maciek (Szczęśliwa Rodzina – Miłosna Strona Internetu

Poniżej ich #świadectwo w ramach „Siedmiu dusz”

– W naszym życiu spektakularne nawrócenie nie miało miejsca. Oboje pochodzimy z katolickich domów, gdzie wiara została nam przekazana przez rodziców i ich przykład, za co jesteśmy ogromnie wdzięczni. Oboje doświadczyliśmy mniejszych i większych kryzysów w naszej wierze, chwil zwątpienia, za to również jesteśmy wdzięczni. Był jednak w historii naszej relacji moment szczególny. W niespodziewanym momencie zostaliśmy przez Boga dotknięci i zaskoczeni.

Od momentu poznania wiedzieliśmy, że relacja z Bogiem i szeroko pojęta religijność jest dla nas ważna – poznaliśmy się w uczelni uznawanej przez wielu za katolicką – w szkole wyższej założonej przez o. dra Tadeusza Rydzyka i redemptorystów. Pierwsza dłuższa rozmowa miała miejsce w czasie pielgrzymki do Sanktuarium św. Józefa w Kaliszu – dziś wspominamy to z nostalgią, ale oboje modliliśmy się w czasie tego wyjazdu o dobrego partnera do małżeństwa. Nasze pierwsze spotkania odbywały się po wspólnym różańcu lub Eucharystii. Nasz związek miał możliwość powstać na solidnych fundamentach. Oboje zawsze chcieliśmy związać się na całe życie z katolikiem, dla którego relacja z Bogiem jest ważna.

Po trzech latach wspólnego studiowania i mieszkania w jednym domu studenckim postanowiliśmy, że chcemy być razem do śmierci. Decyzja o zawarciu sakramentu małżeństwa była dla nas naturalnym krokiem. Staraliśmy się podjąć ją jak najbardziej świadomie, pragnęliśmy poznać swoje wady i złe strony, dlatego w pierwszym miesiącu znajomości opowiedzieliśmy sobie najgorsze rzeczy jakie zrobiliśmy w życiu. Nie była to przyjemna rozmowa, ale była pełna wyrozumiałości i czułości. Po opowiedzeniu sobie wzajemnie o swoich czarnych i mrocznych stronach charakteru usłyszeliśmy słowa, które dziś są dla nas wyrazem największej miłości: „Ja Ciebie takiego przyjmuję i chcę”.

Nasze małżeństwo jest krótkie – dopiero 5 lat. Jednak dane nam było doświadczyć wielu prób wiary i zaufania do Boga. Od niewielkich, np. – gdzie będziemy mieszkać po ślubie (dwa lata po zawarciu małżeństwa spędziliśmy w jednym pokoju w akademiku) – za co będziemy żyć (doświadczyliśmy realnej materialnej pomocy wielu bliskich i nieznanych osób) – gdzie będziemy mieszkać, gdy okazało się, że wynajmowane mieszkanie jest dla nas zbyt drogie (znajome małżeństwo z naszej wspólnoty planowało wyjechać na misję do Brazylii i zaproponowało nam, abyśmy zaopiekowali się ich mieszkaniem)… Takich sytuacji było naprawdę wiele – gdy z modlitwą na ustach „Jezu ufam Tobie” szliśmy w nieznane. Zawsze okazywało się, że Pan się o nas zatroszczy.

Przez te pięć lat małżeństwa przeżyliśmy również kilka trudnych doświadczeń. W tych chwilach pozostawaliśmy we trójkę, my z Bogiem. Te chwile sprawiły, że przeżyty kryzys umocnił nasz związek. Dwa z nich to śmierć dziadziusia Janka podczas naszej weselnej zabawy i dwuletnie zmaganie z trudnościami w poczęciu dziecka. Dwa po ludzku traumatyczne wydarzenia były dla nas okazją, by paść na kolana przed Bogiem i powierzyć Jego łasce całe swoje życie.

Gdy cała rodzina płakała i modliła się na różańcu, w czasie kiedy przed weselną salą reanimowano dziadka, my klęczeliśmy i zawierzaliśmy naszą nowo powstałą rodzinę – nie wróciliśmy już tej nocy na parkiet, a dwa dni później (po tym, gdy staliśmy przed ołtarzem ślubując sobie miłość przez Bogiem) w tym samym kościele i tej samej scenerii fioletowych kwiatów uczestniczyliśmy w pogrzebie naszego dziadka.

Gdy Pani ginekolog zdradziła nam diagnozę i zawyrokowała, że niemożliwe jest, abyśmy mieli dzieci, oprócz wielu łez codziennie, zawierzaliśmy się miłosierdziu Bożemu krótką modlitwą „Panie, prosimy o cud, Ty jesteś Panem naszej płodności”. Postanowiliśmy pościć 40 dni w tej intencji. Przecież w naszych sercach było zasiane tak wielkie pragnienie potomstwa. Pan na początku dał nam pokój serca a po dwóch miesiącach od zakończenia postu dowiedzieliśmy, że pod sercem Karoliny rozwija się już Anielka.

Chwilą największego nawrócenia nas jako męża i żony i jeszcze ściślejszego przylgnięcia do Chrystusa były rekolekcje Kana organizowane przez wspólnotę Przymierze Miłosierdzia w Toruniu. Zapisaliśmy się na te rekolekcje z zamiarem nie rozwoju duchowego, ale zobaczenia jak się takie wydarzenia organizuje. Ukończyliśmy magisterium na kierunku studiów Nauki o Rodzinie – w swojej pysze myśleliśmy: „o małżeństwie wiemy wszystko, niczego nowego się nie dowiemy”. Pan Bóg takie sytuacje w naszym życiu uwielbia i gdy zupełnie się tego nie spodziewaliśmy, dotknął naszych serc i położył nas na łopatki. Dał nam namacalne doświadczenie siebie jako Boga, który daje życie – który jest Prawdą. Przez całe rekolekcje pokazywał nam, o ile bardziej można jeszcze kochać. Pokazywał to na swoim przykładzie, wszakże On jest czystą esencją Miłości. To doświadczenie uzdatniło nas do stanięcia w pełni prawdy o samych sobie.

Na początku wspomnieliśmy Wam o naszej rozmowie, gdy opowiadaliśmy sobie wzajemnie o naszych mrocznych stronach. Najgorszych rzeczy nie byliśmy jednak w stanie powiedzieć. Wtedy, w czasie tych rekolekcji Kana pozwolił nam wyznać najgorsze z grzechów i tajemnic, jakie przed sobą mieliśmy. I jak mantrę powtórzymy: po opowiedzeniu sobie wzajemnie o swoich czarnych i mrocznych stronach charakteru usłyszeliśmy słowa, które dziś są dla nas wyrazem największej miłości: „Ja Ciebie takiego przyjmuję i chcę”.

Takiej Miłości można się uczyć tylko w towarzystwie Tego, który jest Miłością – dzielą się Maciek i Karolina, Anielka i Melania, rodzina nieidealna, która małymi krokami zmierza do świętości