Sebastian-Portret

Sebastian Banasiewicz „Pytajniki”

W białym kitlu usiadła na łóżku. – Oglądasz doktora House’a? – zapytała. Odparłem, że nie. Jako nastolatek miałem prawo nie wiedzieć, co jest dobre. Lekarka zażartowała, że mógłbym być bohaterem jednego z odcinków. Szansa na posiadanie tego cholerstwa zaczyna się od jednej osoby na milion. – Czy wiesz może, co to autoagresja? – zaczęła.

LĘK

Strach pierwszy raz czułem w dzieciństwie. Czas odbiorów w przedszkolu. Mijają minuty, dochodzi godzina. Zostałem sam z wychowawczynią. Chciała ze mną wyjść do parku. Jednak wolałem ze łzami w oczach czatować pod oknem. Był krzyk, złość, lament. Nikt nie przyszedł. Babcia zajęła się obiadem, obowiązkami i po prostu o mnie zapomniała. Później wielokrotnie pojawiała się w mojej głowie myśl, że świat zapomniał o moim istnieniu.

Małgorzata Halber w „Najgorszym człowieku na świecie” napisała: „Każdy się wstydzi. Każdy się wstydzi trzech rzeczy. Że nie jest ładny. Że za mało wie. I że niewystarczająco dobrze radzi sobie w życiu. Każdy. Dlaczego więc nikt się do tego nie przyznaje? Dlaczego nikt o tym nie mówi? O ile łatwiej by się nam rozmawiało na przyjęciach, gdyby można to było powiedzieć głośno”. Cholerna racja Gosiu.

W czwartej klasie podstawowej fryzjerka obcięła mi grzywkę sięgającą do brwi, za którą mogłem się schować. Lubiłem odreagowywać strach, chowając się. Wiecznie chciałem sprostać wymaganiom nauczycieli, rodziców, presji rówieśników – oceny, świadectwa z paskiem, egzaminy. Bałem się przedwczesnej śmierci z powodu choroby wątroby. Bałem się, czy wybrałem właściwy kierunek studiów. Bałem się, że depresja się nigdy nie skończy. De facto miałem rację – nigdy się nie skończyła.

„Życie na tym polega, że nie można w nim uniknąć cierpienia. Zawsze jakieś cierpienie człowieka dopadnie i wgryzie się w jego ciało, w jego duszę. I chodzi teraz tylko o to, żeby wybrać sobie towarzysza cierpienia. Człowiek nie powinien cierpieć sam – mówi mądrość chrześcijańska. Człowiek powinien w momencie cierpienia wybrać Jezusa Chrystusa i łączyć swoje cierpienie z Jego cierpieniem” – pisał ks. Tischner.

Pod koniec szkoły średniej ogłosiłem najbliższym, że chcę wstąpić do seminarium. Gdy z maturą wybierałem się do postulatu w Kalwarii Zebrzydowskiej, dostałem odpowiedź, że przeor podjął decyzję, żeby nie przyjąć mnie do zakonu z powodu choroby autoimmunologicznej. Zacząłem studiować budownictwo na Politechnice Świętokrzyskiej. W Kielcach poznałem wspaniałych ludzi z duszpasterstw akademickich. Zacząłem udzielać się wolontaryjnie. Tak zaczęła się moja przygoda z radiem, pisaniem, blogiem. Studiowałem 2 kierunki jednocześnie. Zamieszkałem w Krakowie. Skończyłem dziennikarstwo. Dlaczego?

– Gdy Jezus umierał na krzyżu, być może ktoś pomyślał, że szkoda Jego życia. Tak wiele pożytecznych rzeczy czynił, a teraz wszystko skończone. Tyle osób mógł jeszcze uzdrowić, nakarmić, wskrzesić – powiedział śp. ks. Pawlukiewicz podczas XII Stacji na warszawskiej starówce. Tak wiele osób dzisiaj nie żyje. Tak wiele osób mogłoby jeszcze coś zrobić. Jednak zamiast żyć, wegetujemy.

Cierpię na depresję, jestem uzależniony i miewam myśli samobójcze przed śniadaniem. Bo po śniadaniu nieudolnie biorę się za robienie rzeczy. Wstaję do pracy. Pracuję. Wracam z pracy. Odczuwam ból, pustkę i wewnętrznie wyję. Permanentnie od 2011 r. Postanowiłem o tym napisać, żeby każdy kto czuje się opuszczony, wiedział, że się z nimi utożsamiam. Jestem taki jak wy. Leżę i nie mam siły wstać.

LEK

Pomiędzy gimnazjum a liceum codziennie obok mojego domu graliśmy w piłkę. Środek wakacji. Po meczu przywitaliśmy się z mamą, która wróciła z pracy. – Dobrze się czujesz? – zapytała na powitanie. Wygraliśmy mecz. Czułem się świetnie. Okazało się, że miałem zażółcone oczy. Podjechaliśmy do przychodni. Pani doktor powiedziała, że nawet nie mamy co jechać do naszego powiatowego szpitala. – Najlepiej od razu pojechać do Kielc – podsumowała.

Tydzień wszelkich możliwych badań. Później tydzień w domu. Znowu tydzień w szpitalu… Lekarze nie wiedzieli, co mi jest. Pobieranie krwi, kroplówki, pobieranie krwi. Zareagowałem dopiero na sterydy. Po miesiącu otrzymaliśmy diagnozę. Zaczęła się dieta, nauczanie indywidualne i siedzenie w domu.

Przez pierwszy semestr liceum nie poznałem kolegów i koleżanek z klasy. Czułem wieczną samotność. Przeszedłem już wszystkie gry na komputerze i konsoli. Przeczytałem większość książek. Codziennie spędzałem wieczory przy telewizorze. Z tego marazmu sięgnąłem po najbardziej zakurzoną książkę w domu. Zacząłem niepewnie wertować kartki, następne strony. Niesamowite uczucie. Przepełniająca radość, nadzieja na lepsze jutro. Zacząłem wchłaniać Nowy Testament. Poznałem tam Kogoś, kto oddał dla mnie wszystko. Przeczytałem Biblię. Poznałem Jezusa. To doświadczenie zmieniło moje życie.

Na modlitwie odkrywam, że Bożą wolą dla mnie jest ewangelizacja, opowiadanie ludzkich historii i katolicka publicystyka. Uświadamiam sobie wtedy, że wybór studiów, relacji, grzechów, to była moja wola. Najczęściej spowodowana strachem, rezygnacją i odcięciem się od ludzi, Boga. – Człowiek nie modli się, aby powiedzieć Bogu, co On ma zrobić, ale aby Bóg powiedział, co ma zrobić człowiek – miał powiedzieć św. Augustyn. Wolimy lęk od odpowiedzialności. Lęk prowadzi kryzysu. Odpowiedzialność – do szczęścia.

Zuzia-i-Michal-Portret

BÓGowscy (Zuzia i Michał „PAX” Bukowscy)

Zuzia i Michał, protestantka i katolik – czy to możliwe? Jak to się stało?

#1 Seks, drugs and rock’n’roll

Michał: wychowałem się w tradycyjnie wierzącej katolickiej rodzinie. Byłem daleko od Boga, w dodatku od 10. roku życia borykałem się z problemem pornografii. W wieku 12 lat trafiłem do wspólnoty „Grupka”. Tam poznawałem Boga, ale… w wieku 16 lat, szukając dowartościowania, znalazłem się w związku z kobietą starszą ode mnie o rok. Proponowałem współżycie, dragi, fajki i inne. W końcu postanowiłem odejść z kościoła katolickiego i pojechałem na wyjazd rekolekcyjny z moją wspólnotą, żeby pożegnać się ze wszystkimi. Poznałem tam brata franciszkanina, dzięki któremu nawróciłem się i oddałem życie Jezusowi. Zaproponowałem życie w czystości mojej ówczesnej dziewczynie, ale ona się nie zgodziła. Rozstaliśmy się, a ja postanowiłem, że będę zakonnikiem. Po jakimś czasie rozeznałem, że jednak Bóg powołuje mnie do życia w rodzinie. Długo modliłem się o piękną, wierzącą kobietę, która zostanie moją żoną, Jednak nie modliłem się wtedy, żeby była katoliczką.

Zuzia: Wychowałam się w bardzo wierzącej protestanckiej rodzinie. Każdego dnia miałam styczność z Panem Bogiem. Zarówno przez Jego słowo, jak i przez uwielbienie, ponieważ mój tata jest liderem uwielbienia, a ja często z nim śpiewałam. Wszystko układało się niebiańsko, z Panem Bogiem za rękę do momentu, gdy poznałam pewnego niewierzącego chłopaka. Pierwsza prawdziwa miłość zawróciła nastoletniej, dobrze ułożonej dziewczynie w głowie. Z randki na randkę było coraz więcej łamanych zasad, coraz więcej kłamstw, oszukiwania rodziców. Czułam się z tym okropnie, ale zmanipulowana „ludzką” miłością, nie potrafiłam z tego zrezygnować. Ostatecznie kiedy pojawiły się problemy, trzeba było podjąć decyzję i niestety wybrałam źle. Powoli zaczęłam coraz bardziej zatapiać się w grzechu, a przez to odchodzić od uwielbienia, od kościoła, od samego Pana Jezusa. W najgorszych momentach, kiedy płakałam sama w pokoju, do głowy przychodziły mi myśli, że może wrócę do uwielbienia, do oddawania Bogu chwały przez muzykę, bo przecież kocham Jezusa. Może nie jest jeszcze za późno, ale potem pojawiały się myśli: – „Jak Ty po tym wszystkim chcesz w ogóle się zwracać do Boga? Taka brudna, cała w grzechu i syfie”. Dwa lata zajęło mi wyjście z tego toksycznego związku, po wielu moich odejściach i powrotach ostatecznie zostałam zrównana z ziemią i porzucona. Pokutowałam, przepraszałam Boga za wszystko, a On dał mi nową nadzieję i przytulił mnie do swojego serca, jak najwspanialszy Tatuś. Przebaczył mi, ale ja nie do końca potrafiłam przebaczyć sobie. W moim sercu wciąż było pragnienie posiadania rodziny, dlatego zaczęłam się modlić, konkretnie, bo Pan Bóg lubi konkrety. „Panie, jeśli taka jest Twoja wola, to proszę Cię o męża dla mnie. Proszę Cię, żeby przyciągał mnie do Ciebie jeszcze bardziej niż ja sama. Proszę Cię, żeby był związany jakkolwiek z muzyką, bo ona jest na drugim miejscu w moim życiu i proszę Cię, żeby był otwartym facetem, który w każdym towarzystwie się odnajdzie”. Nie modliłam, się żeby był protestantem

#2 Miłość to decyzja

„Tak w ogóle to Zuzia jestem – ale przecież my się już znamy!”

Zuzia: Obydwoje byliśmy zaangażowani w Młodzieżowy Klub Środowiskowy „Grupka”. Jednakże ta wspólnota spotykała się w dwóch odrębnych częściach Krakowa – Michał był w Podgórzu, a ja w Nowej Hucie. Jesienią 2014 przypadało 18-lecie tej wspólnoty, na którą wszyscy byli zaproszeni. Na tydzień przed uroczystością Michał pojawił się na próbie w Nowej Hucie. Wtedy nie przypadł mi do gustu, bo wolał rozmawiać ze swoim kolegą niż ze mną i tym sposobem kompletnie wymazałam go z pamięci. Na 18-leciu MKŚ Grupka znów zaczęliśmy rozmawiać, ale Michał musiał mi przypomnieć, że przecież już się poznaliśmy! –Na jakim jesteś etapie edukacji? – zapytał. Pomyślałam, że skoro jesteśmy we wspólnocie to chodzi mu o moją wiarę. – Tak w ogóle to jestem protestantką – odpowiedziałam. To spadło na Michała niczym grom z jasnego nieba.

Michał: Ta odpowiedź wryła mnie w ziemię. Mimo to udało mi się wybrnąć. – A to jakiś problem? – podsumowałem. Bóg czuwał nad moimi obawami i strachem, bo już w kolejny piątek w mojej wspólnocie jeden z liderów powiedział, że protestanci to nasi bracia w Chrystusie! Uff… w takim razie mogłem zaprosić Zuzię na randkę. Zabrałem ją do kawiarni i tam od razu opowiedziałem jej swoje świadectwo. Wystrzelałem się ze wszystkiego. Chciałem być z nią szczery, żeby nie tracić czasu, jeżeli TO okazałoby się dla niej za trudne. O dziwo, po mojej długiej historii Zuzia rozpłakała się i powiedziała, że przeżyła dokładnie to samo. Od razu zdecydowaliśmy się porozmawiać na trudne tematy dotyczące różnic w naszej wierze. Między innymi, czy chcemy czekać z seksem do ślubu, jak będziemy chodzić do kościoła itp. Na kolejnych randkach dużo się modliliśmy i prosiliśmy Boga o odpowiedź, czy mamy w to brnąć i otrzymaliśmy słowo: „to jest ta droga, idźcie i radujcie się”. WOW! Chwała Tobie Panie! Poszliśmy razem i zaczęliśmy się radować!

#3 Jeśli Bóg jest na pierwszym miejscu, to wszystko jest na swoim miejscu

Zuzia: Od samego początku Bóg błogosławił nasz związek. Ja wróciłam do uwielbienia w kościele i we wspólnocie, a także zaczęłam rozwijać się wokalnie i pracować. Michał rozwinął swój talent muzyczny. Założył zespół Muode Koty i zaczął pracować w telewizji. Każdą decyzję podejmowaliśmy z Bogiem i kierowaliśmy się Jego prawami. Michał: Pomimo naszych przejść, czekaliśmy z seksem do ślubu. Nasza relacja stała się dowodem na to, że ekumenizm istnieje. Oboje szanujemy swoje przekonania. Bardzo często dyskutujemy i bardzo to lubimy, ponieważ to pozwala nam spojrzeć na pewne rzeczy z innego punktu widzenia. Spędzamy ze sobą Bożą niedzielę, idąc rano na nabożeństwo, a wieczorem na mszę. Patrzymy na Jezusa i głosimy Jego Chwałę! Bóg wyciągnął nas z bagna, zaprowadził nas do siebie i z dwóch skrajności stworzył jedno ciało. Teraz cały czas nam błogosławi! 6 sierpnia 2017 r. wzięliśmy ślub. Teraz mamy mieszkanie, cudownego synka, a nawet pieska, a to wszystko dzięki Bogu! Zaufaliśmy Panu i teraz jeździmy po Polsce, głosząc nasze świadectwo i oddając Jemu chwałę!

Ks.Michal-Portret

ks. Michał Olszewski SCJ

Chcę złożyć świadectwo na cześć Tego, który jest jedynym Panem i Zbawicielem, i pragnę powiedzieć wszystkim, do których dotrą te słowa, że Jezus żyje! Nie jest Bogiem martwym, ale Bogiem żywym.

«Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu! Kto uwierzy i przyjmie chrzest, ten będzie zbawiony; a kto nie uwierzy, będzie potępiony. Te zaś znaki towarzyszyć będą tym, którzy uwierzą: w imię moje złe duchy będą wyrzucać, nowymi językami mówić będą; węże brać będą do rąk i jeśliby co zatrutego wypili, nie będzie im szkodzić. Na chorych ręce kłaść będą, a Ci odzyskają zdrowie» (Mk 16, 15-18).

– Gdy 1 lutego 2002 r. przekraczałem progi klasztoru, aby rozpocząć okres postulatu, pierwszego etapu na bezpośredniej drodze do kapłaństwa, nie zdawałem sobie sprawy z tego, że kapłaństwo będzie wypełnieniem się właśnie tych słów Jezusa, które On wyrzekł do swoich uczniów przed dwoma tysiącami lat. Posłał swoich następców, by głosili Słowo całemu światu. Zapewnił też, że będzie to Słowo owocne, z mocą, dające zbawienie tym, którzy uwierzą. Obiecał również, że będzie potwierdzał ich misję znakami. Na kolejnych stronach chcę zaświadczyć o tym, że Jezus mówił prawdę.

Niejednokrotnie zastanawiałem się nad momentem, w którym zacząłem zdawać sobie sprawę z tego, że jestem powołany do kapłaństwa. Bardzo przeżyłem pewne wydarzenie w mojej rodzinnej diecezji, która w roku bodajże 1998 zorganizowała dla młodzieży tygodniowe forum w Tarnowie. Cały tydzień, który obfitował w wiele ciekawych wydarzeń, zakończyliśmy całonocnym czuwaniem w kościele parafialnym w Tarnowie-Mościcach. Pamiętam doskonale jak podszedłem do stojącego przed ołtarzem kosza pełnego cytatów z Pisma Świętego. Ksiądz prowadzący modlitwę, zanim zaczęliśmy podchodzić po Słowo, powiedział nam, że to, co wyciągniemy z kosza, jest słowem dotyczącym naszego powołania. Do kosza zbliżyłem się w towarzystwie mojej kuzynki Grażyny, która po kilku latach zginęła pod kołami samochodu, oraz jej przyjaciółki. Włożyłem rękę do kosza. Zamieszałem, nie wierząc słowom wypowiedzianym chwilę wcześniej przez kapłana i odczytałem moją kartkę: „Nie lękaj się, bo cię wykupiłem, wezwałem cię po imieniu, tyś moim…” (Iz 43, 1). Moja kuzynka spojrzała na cytat i powiedziała: „Misiek, ty będziesz księdzem!” Przyznam szczerze, że wtedy popatrzyłem na nią i wyśmiałem ten pomysł. Tym bardziej, że coraz większą sympatią zaczynałem darzyć jej przyjaciółkę, która nam towarzyszyła. Ale w głębi serca poczułem coś w rodzaju ukłucia, którego nie zapomnę do końca życia. Słowo Boże jak miecz zaczęło mnie powoli i delikatnie przeszywać, aby doprowadzić do ołtarza.

Po przyjeździe z Tarnowa żyłem normalnie, tak jak przed tym, czego doświadczyłem w tamtych dniach. Jednak nadszedł kolejny moment w moim życiu, kiedy to Pan Jezus bardzo mocno się o mnie upomniał. W parafii w Laskowej, do której administracyjnie nie należeliśmy, ale całe nasze życie religijne z racji szkoły i zaangażowania toczyło się właśnie w tej wspólnocie, w roku 2000 miały miejsce misje ludowe, zakończone peregrynacją kopii obrazu Matki Bożej Częstochowskiej. W następnym roku czekała mnie matura i czułem ogromne przynaglenie, aby oddać Matce Bożej moje życie i poprosić Ją, by pomogła mi odnaleźć moją życiową drogę. Uczyniłem to w moim osobistym akcie zawierzenia, gdy podczas uroczystości peregrynacyjnych oddawaliśmy młodzież naszej parafii Matce z Jasnej Góry. W następnych dniach jeździłem od parafii do parafii w naszym dekanacie, by na kolejnych etapach tych cudownych odwiedzin Pani Częstochowskiej ponawiać moją prośbę. Kolejne mocne wydarzenie w moim życiu i kolejny raz po tych kilku dniach, jakby zapomniałem o wszystkim i żyłem dalej.

Wielkimi krokami zbliżała się matura. Zacząłem więc układać życiowe plany. Szukałem swojego miejsca w świecie. Myślałem o studiach, dalszych sukcesach sportowych czy zaangażowaniu w politykę. Marzyłem o założeniu rodziny i stworzeniu domu na wzór tego, w którym się wychowałem. I – jak to już Pan Jezus zdążył mnie do tego przyzwyczaić – po raz kolejny stanąłem wobec wydarzeń, które skutecznie zmąciły mój spokój i zmusiły do poszukiwań w sercu tego, co prawdziwe. Gdy do matury pozostało kilka miesięcy, nasz katecheta zaproponował męskiej części klasy wizytę w domu rekolekcyjnym w Koszycach Małych k. Tarnowa. Mieliśmy odbyć rekolekcje przedmaturalne. Żartowaliśmy z niego, że jak zorganizuje nam w piątek wolne od zajęć, to pojedziemy. I tak się stało. Ksiądz Jerzy wszystko ustalił z wychowawczynią i oto wyruszyliśmy w drogę, która pozwoliła mi pierwszy raz w życiu spotkać sercanów. Nasz wyjazd motywowaliśmy chęcią poprawienia statystyk parafialnych. Pan Bóg miał jednak inne plany wobec nas wszystkich.

Nasze rekolekcje rozpoczęliśmy w piątek wieczorem. Motywacje mieliśmy niezbyt pobożne, więc od pierwszego dnia zaczęliśmy rozrabiać. Po kolacji pozabieraliśmy dzbanki z herbatą do pokojów. Gdy przed spaniem trzeba było je odnieść, aby nie brakowało ich podczas śniadania i aby się nikt nie zorientował, że je zabraliśmy, postanowiłem się podjąć tego odpowiedzialnego zadania i urosnąć w oczach grupy. Gdy przechodziłem korytarzem, jeden z dzbanków wypadł mi z ręki. W wyniku rumoru, który uczyniłem, otworzyły się jakieś drzwi i stanął przede mną mężczyzna z brodą, wyglądający jak jakiś mnich kameduła. Usłyszałem pytanie: „Co się stało?” Odpowiedziałem, że nic, że zaraz to posprzątam i że oddam mu pieniądze za ten dzbanek. Domyślałem się, że jest kimś ważnym w tym domu, skoro tak ze mną rozmawia. On na to: „Nie będziesz płacił, ale kiedyś to odrobisz!” Odpowiedziałem, że nic nie będę odrabiał. Płacę i nie ma sprawy. A on dorzucił na odchodne: „odrobisz, odrobisz” i zamknął za sobą drzwi. Na drugi dzień rano spodziewałem się jakiejś dalszej części nocnych wydarzeń związanych z dzbankiem. Nie myliłem się. Po śniadaniu człowiek, przed którego drzwiami odbyłem zeszłej nocy rozmowę o dzbanku, zawołał nas, czyli całą grupę limanowską do siebie. Był ubrany w dżinsowe spodnie i wypłowiały podkoszulek, a na szyi miał zawieszony dziwny krzyż. Zadał nam pytanie: „Jesteście z Limanowej?” I nie czekając na odpowiedź kontynuował: «To lubicie trzy razy „c” – cysto, cyjo i censto…» Ujął tym żartem nasze góralskie serca i otworzyliśmy się na rozmowę z tym człowiekiem. Po chwili oznajmił nam, że jest księdzem, zakonnikiem. Że ten dom to dom rekolekcyjny księży sercanów, w którym aktualnie diecezja tarnowska organizuje rekolekcje przedmaturalne dla młodzieży, a on jest w nim przełożonym. Pamiętam, że wtedy zapytałem go, co za dziwny krzyż nosi na piersi. Miał on bowiem równe charakterystyczne ramiona, a na środku wycięte serce. Odpowiedział, że to krzyż sercański. Taki, który noszą księża i bracia ze Zgromadzenia Księży Sercanów. Puste serce mają za zadanie wypełniać miłością do Boga i ludzi. Chwilę jeszcze pożartowaliśmy z ks. Kazimierzem, z kapłanem, którego w następnym roku spotkałem już na jednym z klasztornych korytarzy naszego postulatu w Pliszczynie.

Gdy przyszedł czas matur, skupiłem się na tym, aby możliwie dobrze zdać egzaminy. Postanowiłem, że chcę wejść na drogę, którą poszedł mój Tato. Studia budowlane, praca w jednej rodzinnej firmie z Tatą i założenie dużej rodziny. Pierwszego lipca byliśmy całą rodziną na Mszy św. w niedzielę, po której wraz z Tatą mieliśmy pojechać do Warszawy. Powodem były egzaminy wstępne na Politechnikę Warszawską, które odbywały się w dniach 2-3 lipca. I nic by w tym nie było nadzwyczajnego, gdyby nie kolejne „odwiedziny”, jakie Pan zgotował mi przez swoje Słowo. Podczas odczytywania przez kapłana fragmentu Ewangelii usłyszałem pytanie bogatego młodzieńca skierowane do Jezusa: „Nauczycielu, co dobrego mam czynić, aby otrzymać życie wieczne?” Miałem wrażenie, że ten dialog, który nastąpił później, odbywa się na poziomie mojego serca. Jezus «odpowiedział mu: Dlaczego Mnie pytasz o dobro? Jeden tylko jest Dobry. A jeśli chcesz osiągnąć życie, zachowaj przykazania. Zapytał Go: Które? Jezus odpowiedział: Oto te: Nie zabijaj, nie cudzołóż, nie kradnij, nie zeznawaj fałszywie, czcij ojca i matkę oraz miłuj swego bliźniego, jak siebie samego! Odrzekł Mu młodzieniec: Przestrzegałem tego wszystkiego, czego mi jeszcze brakuje? Jezus mu odpowiedział: Jeśli chcesz być doskonały, idź, sprzedaj, co posiadasz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za Mną! Gdy młodzieniec usłyszał te słowa, odszedł zasmucony, miał bowiem wiele posiadłości» (Mt 19, 17-22).

Poczułem się słabo i moje czoło oblał pot. Bardzo mocno to przeżyłem. Ale wtedy odszedłem dokładnie taki, jak ten młodzieniec z Ewangelii – zasmucony. Wychodząc z kościoła po Mszy św., rzuciłem jeszcze w stronę tabernakulum, że „nigdy nie zostanę księdzem”!

Dzień po egzaminach wraz z moim młodszym bratem jechaliśmy do Pucka na zgrupowanie sportowe. W przedziale pociągu, którym podróżowaliśmy, siedziało oprócz nas jeszcze trzech panów w podobnym wieku, którzy dla nas – obytych w środowisku wspólnot kościelnych – od razu wydali się podejrzani. Nad głową jednego z nich na półce położony był brewiarz. Inny miał na szyi zawieszony krzyż, który kiedyś już spotkałem. Ten charakterystyczny krzyż, z równymi ramionami i pustym sercem. Po chwili zapytałem: „Czy panowie są…” Nie dokończyłem, gdy jeden z nich mi przerwał i odpowiedział: „Tak, jesteśmy księżmi”. Zapytałem, czy przypadkiem nie są z tego zgromadzenia co ks. Kazimierz, którego spotkałem kilka miesięcy temu. Odpowiedzieli, że tak i po kilku godzinach mile spędzonego czasu wręczyli nam ulotki powołaniowe i zaprosili do Warszawy, gdzie mieszkali. Bardzo szybko moje ulotki oddałem bratu, twierdząc, że jemu bardziej się przydadzą, a odwiedzić księży w Warszawie – choć miałem szczere chęci – nigdy mi się nie udało. Spotkaliśmy się dopiero w dniu mojego przyjęcia do zgromadzenia.

Przez całe wakacje wracała w moim sercu myśl i to Boże ukłucie, którego doświadczałem kilka razy podczas mojego dorastania, a które nie pozwalało mi ot tak przejść nad tym wszystkim, co duchowe. Jezus nie odpuszczał i kołatał w moje serce z całych sił. Z drugiej zaś strony pozostawiał mi przestrzeń wolności i mówił: „Jeśli chcesz…” Nic mnie jednak nie złamało i rozpocząłem studia w stolicy. Te trzy miesiące pod względem duchowym były horrorem. Nie mogłem się uwolnić od tego ciągłego, cichego i spokojnego „pójdź za Mną”. Wszędzie słyszałem te słowa Jezusa. Gdy budziłem się rano, gdy jechałem samochodem, gdy stałem w korkach ulicznych, gdy siedziałem na uczelni, gdy spotykałem się ze znajomymi, gdy chodziłem do kościoła. W pewnym momencie, chcąc się uwolnić od tego głosu sumienia, przestałem się modlić. I wtedy tak bardzo mnie irytowało, a z drugiej strony było potężnym świadectwem, gdy widziałem wieczorami mojego Tatę na kolanach. Chciałem wtedy uciec z mieszkania, by na to nie patrzeć, by nie myśleć, nie słuchać… Gdy w jedną z niedziel uczestniczyłem w Eucharystii w kościele na placu Wilsona, gdzie pracował, męczeńsko zakończył życie i został pochowany bł. ks. Jerzy Popiełuszko, usłyszałem w sercu wyraźne słowa, że mam być z drugiej strony ołtarza. Tego było za wiele. Wybiegłem z kościoła i obiecałem sobie, że już nie pójdę na Mszę świętą.

Był grudzień i wielkimi krokami zbliżały się święta. Wraz z nimi nadchodziły dramatyczne wydarzenia i moment, w którym moje życie obróciło się o 180 stopni. Pamiętam doskonale ten bolesny piątek 14 grudnia 2001 r., który stał się początkiem mojego nawrócenia. Gdy dotarliśmy do domu, moja Mama poinformowała nas, że Grażynka – kuzynka, z którą byłem na forum młodzieży, o czym wspominałem wcześniej – została potrącona przez samochód na przejściu dla pieszych w Krakowie, gdzie studiowała. Tydzień wcześniej w drodze powiedziałem jej o moich duchowych problemach i o moim powołaniu. Nic nie odpowiedziała, milczała. Jako jedyna wiedziała o tym, co dzieje się w moim sercu i do czego Pan mnie wzywa. W niedzielę 16 grudnia, nie odzyskawszy przytomności, Grażynka zmarła. Gdy dzień przed pogrzebem przeglądałem pamiątki, jakie mi po Niej zostały, natrafiłem na „Pomocnik uczestnika” z diecezjalnego forum młodzieży. Z małej białej książeczki, na której pierwszych stronach widniały podpisy uczestników, m.in. Grażyny, wypadła karteczka z cytatem, który mówił o mojej drodze życiowej. Odczytałem: „Nie lękaj się, bo cię wykupiłem. Wezwałem cię po imieniu, tyś moim” (Iz 43, 1). Rozpłakałem się i nie wiem, ile trwało zanim doszedłem do siebie. Ale tamtej nocy podjąłem decyzję o tym, że zostawiam wszystko i idę za Jezusem. Gdy na drugi dzień trumna z ciałem Grażynki była składana w grobie, to w moim sercu dudniło pytanie, czy trzeba było aż takiej ofiary, abym to zrozumiał? Bóg „wyczuł” moment i wkroczył w moje życie z przypomnieniem, kto jest jego Panem. W tamtych dniach chyba, jak nigdy wcześniej i nigdy później, zrozumiałem, że tylko Jezus jest Panem mojego/naszego życia. Panem naszych narodzin, naszego bycia tutaj na ziemi i naszego umierania.

Na drugi dzień po pogrzebie udałem się do śp. ks. Józefa Kiełbasy – ówczesnego proboszcza w Laskowej, a dziś mogę także z przekonaniem powiedzieć: mojego duchowego ojca z tamtego okresu – aby poinformować go o moich planach wstąpienia do zgromadzenia zakonnego.

Jako że wspomniane przeze mnie misje z 2000 r. prowadzili oo. redemptoryści, a jednym z rekolekcjonistów był rodzony brat ks. Józefa, o. Stanisław, oznajmiłem, że idę właśnie do tej wspólnoty. Poczciwy ks. Józef doradzał mi, bym nie przerywał studiów, bym dokończył pierwszy rok, by opadły emocje po śmierci Grażyny. Ale ja nie odpuściłem, byłem bardzo zdeterminowany. Tylko ja i Jezus wiedzieliśmy, ile tak naprawdę trwa już moja ucieczka od powołania. Jak się jednak okazało, oo. redemptoryści nie przyjmowali kandydatów w połowie roku akademickiego. Byłem załamany. Myślałem, że się pomyliłem. Odczytałem to jako znak, że nie mam powołania. I wtedy, gdy siedziałem załamany w moim pokoju, przyszedł do mnie mój brat, Grzegorz, z którym minionego lata jechałem do Pucka na zgrupowanie i z którym spotkaliśmy sercanów w pociągu, o których ja na tamtą chwilę zupełnie zapomniałem. Wręczył mi powołaniowy folderek i powiedział: „Może to ci księża, a nie tamci?” Wtedy poczułem taki przypływ nadziei do mojego serca, że byłem pewien, że to Pan przysyła w tym momencie mojego brata i że te wszystkie chwile, gdy spotykałem sercanów na mojej drodze nie były przypadkiem! Wpisałem w internecie adres strony zgromadzenia i znalazłem kontakt do księdza odpowiedzialnego za powołania. Zadzwoniłem. Kazał przyjechać. W pierwszy piątek lutego 2002 r. rozpocząłem moją wielką przygodę z Jezusem na ścieżkach życia zakonnego, a dziś także kapłańskiego. Niech Jezus pisze ją dalej.

Kuba-Portret

Kuba Nowak „Anatom”

Wiary moim zdaniem nie da się nauczyć. Nie można jej wyczytać z mądrej książki, pojąć rozumem w ramach pouczającego wykładu czy pięknej historii opowiedzianej ustami blogera, księdza, rapera.

Taką wiarę teoretyczną można obalić bardzo łatwo, na przykład poprzez zamach na jakąś wyższą wartość, chociażby życie. Wiara niezwyciężona rodzi się w drodze, na spotkaniu. Brzmi bardzo górnolotnie, filozoficznie? Spróbuję prościej. Jeżeli nie wiem, kim osobiście jest DLA MNIE Jezus, nie dla całej ludzkości, nie według katechizmowej regułki, ale DLA MNIE. Jeżeli nie potrafię opowiedzieć o chociażby jednym spotkaniu z Nim, które nieodwracalnie odmieniło moje życie, to najpewniej nie wierzę naprawdę. Jeśli jednak rzeczywiście spotkałem Jezusa i pielęgnuje w sobie to niezwykłe doświadczenie, to NIKT nie będzie w stanie mi wmówić, że On nie istnieje.

No bo jak mógłby nie istnieć, skoro JA GO SPOTKAŁEM!?

Chciałbym Cię zaprosić, abyś wyruszył(-ła) w drogę na swoje osobiste spotkanie ze Zbawicielem, bo choćbyś przeczytał(-ła) setki takich świadectw, jak te tutaj. Jeśli sam(-ma) nie doświadczysz tej absurdalnej miłości, która przemienia wszystko – to nie uwierzysz, bo to jest doprawdy NIEWIARYGODNE!

Nazywam się Kuba, mam 27 lat i odkąd pamiętam byłem marzycielem. Pochodzę z rodziny o modelu dosyć typowym jak na dzisiejsze czasy – tata alkoholik, mama starająca się być tatą i mamą w jednej osobie i starszy brat, w wielu sytuacjach zastępujący tatę dla mnie, a życiowego partnera i oparcie dla mamy. Wiara w naszym domu była tylko w teorii, jak w wielu na pozór katolickich rodzinach. Nie przywiązywałem więc do niej zbyt dużej wagi. Marzyłem o wielkiej karierze muzyka i byłem pewien, że ta droga da mi spełnienie i szczęście. Robiłem co mogłem, aby tak się stało. Chciałem w ten sposób być lubiany, akceptowany, kochany. Mając 14 lat, zacząłem grać koncerty. Doświadczyłem wtedy świata rozrywki od wewnątrz. Pochłonął mnie on na długie 7 lat.

Zabawa i rock’n’rollowy styl życia sprawiały mi ogromną przyjemność. Wtedy to było moim szczęściem. Nie widziałem w tym nic złego, ponieważ masa moich idoli z tamtego czasu żyła w taki sposób i wyglądała na zadowolonych. Chciałem dla siebie takiego samego scenariusza. Bardzo szybko wpadłem w sidła wielu uzależnień, z czego na tamten moment kompletnie nie zdawałem sobie sprawy. W konsekwencji raniłem swoją rodzinę, zawaliłem szkołę, rozwój sportowy. Odciąłem wiele wartościowych relacji, które zamieniłem na bezwartościowe, przelotne i destrukcyjne znajomości. Koniec końców, przez lenistwo i wieczną zabawę, przegrałem nawet swoją wymarzoną muzyczną karierę, która była dla mnie najważniejszym życiowym celem. Mając 21 lat, w 2014 r. zaraz przed rozpoczęciem wakacji, zostałem z niczym.

Całe tamto lato wspominam jako stromą równia pochyła w dół, która w efekcie doprowadziła mnie na skraj życia i śmierci. Wyrzuty sumienia męczyły mnie przy każdej możliwej okazji, a nadzieja na jakąkolwiek zmianę bezpowrotnie odeszła. Na początku września dałem sobie ostatnią szansę na zmianę, a w wypadku niepowodzenia postanowiłem odebrać sobie życie.

W sobotę 13 września, w dzień planowanego przeze mnie samobójstwa, w moim rodzinnym mieście odbywało się wydarzenie w ramach akcji Wspólny Mianownik. Były to spotkania organizowane przez chrześcijańskich raperów, mające na celu dobrą zabawę przez muzykę i sport. Jednak w dodatku z ewangelizacją i wspólną modlitwą nie były dla mnie atrakcyjną opcją. Nie planowałem się tam wybierać, jednak ciekawość i zwyczajny „zbieg okoliczności” zwyciężyły. Około godz. 15:00 znalazłem się na ogrodach kościoła, przy którym odbywało się spotkanie. Nadmienię, że w tamtym okresie czasu do kościoła chodziłem jedynie w okresie Świąt Wielkanocnych, a spowiadałem się ostatni raz przed przyjęciem Sakramentu Bierzmowania, czyli jakieś 3 albo 4 lata wcześniej.

Po chwili bezczynnego stania i gapienia się w radosny tłum, wdałem się w rozmowę z Olą, moją koleżanką z ‘dawnych czasów’. Ola była także osobą po przejściach, zapewne nawet cięższych niż ja. Opowiadała mi historię swojego nawrócenia z gigantycznym uśmiechem na twarzy. W tamtej chwili byliśmy jak dwie skrajności stojące naprzeciw siebie. Jednak w moim sercu pojawiła się iskierka nadziei. Pomyślałem, że „może warto spróbować? Przecież nie masz nic do stracenia!” Ola po tym wydarzeniu zaprosiła mnie na afterparty, a ja – nie wiedzieć czemu – od razu się zgodziłem. Skazałem się na całą noc z „nawiedzonymi kato-świrami”. Ale to właśnie tamto spotkanie odmieniło moje życie. Po raz pierwszy zobaczyłem ludzi naprawdę szczęśliwych, którzy na sto procent postanowili żyć Ewangelią. Byli jakby nie z tego świata! Ich otwartość, serdeczność, dobroć i miłość, bijące na wszystkie strony, wydawały się tak nierealne, niespotykane w świecie, w którym żyłem do tej pory! Byłem pewien, że skoro dzisiaj ludzie potrafią tak żyć i to im zupełnie wystarcza, to musi być Bóg, który ich do tego uzdolnił. I wtedy zdecydowałem się pójść tą samą drogą.

„Pamiętasz? Tamtego dnia miałem nie żyć, a tu się życie zaczęło od nowa”.

Dzisiaj, po sześciu latach od tamtej chwili, jestem szczęśliwym Bożym Dzieckiem, mężem, synem, bratem, przyjacielem, posiadaczem własnego mieszkania, raperem i ewangelizatorem, Młodym Wilkiem Popkillera i można by tak wymieniać i wymieniać! Wiem, że wtedy na Wspólnym Mianowniku spotkałem Jezusa. W Oli i w jej historii, w każdym z ekipy na afterparty. Spotykam Go do dzisiaj. Regularnie pozwala mi się poznawać, a przyjaźń z Nim, to najwspanialsza przygoda mojego życia! Zapytacie, czy wszystko idzie jak po maśle i życie jest lekkie jak nigdy wcześniej? Jasne, że nie! Szczerze, to największe wyzwanie przed jakim kiedykolwiek stałem. Najtrudniejsza droga, jaką mogłem sobie wybrać! Ale kupił mnie swoją Miłością i wiem, że nic i nikt już nigdy nie da mi tego samego.

„Panie, do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego” (J 6, 68)

Mikolaj-Portret

Mikołaj Kapusta „Dobra Nowina”

Wiesz, że Bóg to bajka dla dorosłych? – napisze od czasu do czasu jakiś ateista pod jedną z moich publikacji. I rzeczywiście, ile razy nie spojrzę na swoje życie z Bogiem, zawsze muszę stwierdzić: „Nie no, bajka!”.

Urodziłem się 27 lat temu w BARDZO wierzącej rodzinie. Mój tata był liderem niemałej wspólnoty modlitewnej, moja mama jego prawą ręką. Czasem, gdy czuli się bezradni, zwracali się do Boga, a On udzielał im konkretnych odpowiedzi. W takim domu szybko osłuchałem się z tematami dotyczącymi wiary, duchowości, Kościoła itd. Ten świat wręcz mnie pochłonął, bo w końcu poszedłem na teologię – studia bez przyszłości (podobno), gdzie było 10 miejsc na jedną osobę (bez pomyłki).

Moim marzeniem było zostać YouTuberem, więc zacząłem robić krótkie filmy właśnie w tej tematyce. Niedługo potem znajomi charyzmatycy nałożyli na mnie ręce i pod natchnieniem mówili w imieniu Boga: „Będę cię posyłał w różne miejsca”. Choć mogli się tego spodziewać, bo wiedzieli o mojej działalności internetowej, to pierwsze trzy zaproszenia do powiedzenia świadectwa lub konferencji pojawiły się w ciągu kolejnych siedmiu dni od momentu, w którym to proroctwo zostało wypowiedziane.

Jak każdy człowiek miałem moment odejścia od Boga. Mogłem się wtedy przekonać, jaką pustkę mogę w sobie odczuwać bez Niego i jak bezbronny jestem bez tak Potężnego Sprzymierzeńca. Jednak przez większość życia trwałem z Nim w jedności, a nawet – w kontakcie. Wiedziałem, że tylko mając czyste sumienie, mogę się do Niego zwracać z pełną ufnością i wtedy właśnie będę wysłuchiwany (1 J 3,21-22). Takie też było moje doświadczenie.

Gdy tuż przed letnimi rekolekcjami oczyszczałem się z grzechów w sakramencie pokuty i pojednania, a potem przez cały tydzień trwałem z innymi uczestnikami na modlitwie pełnej Ducha – w takiej właśnie atmosferze każdego roku widziałem największe nagromadzenie zdarzeń, których nie potrafię wytłumaczyć inaczej, jak tylko Bożą interwencją.

Dla przykładu, pewnego wieczoru na takich właśnie rekolekcjach, gdy to ja z kolei byłem „wstawiennikiem”, czyli nakładającym ręce na proszących o modlitwę, i razem z paroma doświadczonymi duchowo osobami modliłem się nad pewną kobietą, „otworzyłem się” – jak zwykle podczas takiej modlitwy – na Słowo, które Bóg być może chce do niej skierować.

Ku mojemu zdziwieniu, Duch Święty podsunął mi słowa, które w Piśmie Świętym są wypowiadane do Syna Marnotrawnego. Dla wstawienników to niecodzienność, ponieważ zwykle Bóg kieruje do osoby takie słowa, z którymi najłatwiej jest się jej utożsamić. Spodziewałem się więc słów w żeńskiej formie, coś jak „Córo Jerozolimska”, albo „Przyjaciółko moja”. Zdecydowałem się jednak zaufać temu wewnętrznemu poruszeniu i wypowiedzieć te słowa. A jest to nie lada odpowiedzialność, ponieważ wszystkie słowa, które wstawiennicy wypowiadają nad „omadlanym”, są zapisywane na ładnej kartce i wręczane mu po modlitwie. Nie ma więc mowy o tym, że ktoś zapomni te słowa, albo „nie będzie się aż tak nad tym pochylał”.

Po skończonej modlitwie i spisywaniu Słowa owa kobieta powiedziała, że akurat poprzedniego wieczoru na spotkaniu modlitewnym zwracała się do Boga właśnie słowami Syna Marnotrawnego i poczuła się tym tak dotknięta, że aż opowiedziała o tym innym osobom, które potem mi to potwierdziły. Niesamowite, że Bóg chciał użyć mnie, młodego chłopaka, żeby potwierdzić jej, że przyjął jej modlitwę z poprzedniego wieczoru.

Czy to mógł być tylko przypadek? Oczywiście. Jednak takich „przypadków” i „zbiegów okoliczności” widzę w swoim życiu zbyt dużo. Każdy z osobna można jakoś wytłumaczyć, jednak wszystkie razem przekonują mnie, że Bóg istnieje, i że wynagradza tych, którzy Go szukają (Hbr 11, 6).

Największym jednak cudem jest to, że znalazłem dziewczynę, która myśli dokładnie tak, jak ja. I chociaż rok temu, kiedy od naszego ślubu dzieliły nas już tylko trzy miesiące, byłem zupełnie pewien, że chcę zostać jej mężem, poprosiłem Pana, by dał mi dodatkowy znak potwierdzający ten wybór, by mnie w nim totalnie i na zawsze „zabetonować”.

To także wydarzyło się na rekolekcjach. Każdego dnia czekałem na Boże natchnienie. W końcu, na jednym z wieczornych spotkań modlitewnych, gdzie kilkaset osób śpiewało pieśni pełne Ducha, dostałem wyraźną myśl, żeby wymknąć się na chór, gdzie nikt z kościoła nie dosięga wzrokiem i po prostu poprosić Boga o bezpośrednie Słowo. Tak też zrobiłem.

Kościół tętnił żywą modlitwą, a ja usiadłem w jego ciemnym zakątku, na starej ławce, i przez chwilę trwałem w milczeniu, upewniając się, że robię to z właściwym nastawieniem, że otwieram Biblię na losowej stronie w pełnej pokorze i nie z własnego pomysłu. Że nie stoję przed maszyną losującą, ale przed moim Ukochanym Panem.

Dopiero gdy mój palec znalazł się na Świętym Tekście, otworzyłem oczy. Słowa uderzyły mnie z nieprawdopodobną mocą: „twoje oczy ujrzą twego Nauczyciela, uszy zaś twoje usłyszą słowa rozbrzmiewające za tobą: – To jest właściwa droga, nią postępujcie! – gdybyście zwracali się w prawo lub w lewo” (Iz 30, 21). Żeby oddać cześć Bogu, który zaszczycił mnie swoją Obecnością i tak wyraźnym znakiem, położyłem się krzyżem na zimnej posadzce.

Wyszedłem z domu, w którym każdy studiował Słowo, a teraz – razem z Hanią – budujemy swój własny dom, w którym robimy dokładnie to samo. Dziękuję Bogu, że dał mi zasmakować takiego życia. Nie chcę znać żadnego innego i już nigdy nie wypuszczę go z ręki.

Czy więc Bóg to bajka dla dorosłych? Wręcz przeciwnie. Życie z Jezusem to rzeczywistość i wspaniała przygoda!

Marcin i Monika Portret

Monika i Marcin Gomułkowie „Początek Wieczności”

Poznali się we francuskich Alpach, w kolejce do kibl… tzn. klubowej toalety. Wkrótce ze sobą zamieszkali. On przeniósł się dla niej ze Śląska do Torunia. Żyli ze sobą prawie rok. Jak małżeństwo. Nowoczesne. Z pigułkami, bez kredytu.

Dla uspokojenia sumienia raz na jakiś czas – za jej namowami – chadzali na niedzielną mszę. On żył na obrzeżach Kościoła, prowadził imprezowy styl życia, miał problem z alkoholem, szóstym przykazaniem.

Do postrzępionego sumienia docierało niekiedy, że wiele osób modli się za niego. Ona od wczesnego dzieciństwa wierzyła w „bozię”. Gdy jej się przypomniało, odmawiała „paciorek”. Gdyby przestała, to nic by się w jej życiu nie zmieniło.

Wiele spraw mieli nieprzepracowanych. Byli jak dorosłe dzieci („byli” hehe). Ranili się, a to stawianiem innych osób przed sobą, a to imprezowymi wybrykami. Naiwnie myśleli, że dadzą radę.

Było pysznie, bo bez Boga.

Jeśli o Nim myśleli, to raczej w duchu niewiary (skąd mogli wiedzieć, że Ojciec jest wszechmogący?!): „Z naszymi problemami nawet Ty sobie nie poradzisz”. On jednak cierpliwie i – co najważniejsze – delikatnie kruszył ich serca.

Pewnego dnia wysłuchali opowieści małżeństwa w średnim wieku o tym, jak życie z Bogiem zmieniło ich relację, rozwinęło miłość, dało moc i… zaczęli w sercu pragnąć. Pragnąć prawdziwej miłości (Oz 11,4).

Najpierw Duch Święty uświadomił im ich duchową biedę i grzeszność, zaprowadził do kratek konfesjonału. On sza(w)łowo, ona małymi kroczkami… weszli na Drogę.

Decyzja o nawróceniu była kluczowa, ale nie załatwiła wszystkiego – tak jak wszystkiego we wspólnym życiu nie załatwi obrączka na palcu.

Doświadczając Bożej Miłości, zdecydowali się na walkę o czystość z odzysku.

Odrzuceni przez otoczenie (nie od razu), a także przez najbliższych, przekonali się, że walka o serce nie jest możliwa bez łaski. Dzięki częstej spowiedzi, Eucharystii, modlitwie, pracy nad sobą (z tym różnie) i wzajemnemu wspieraniu się, poznawali siebie na nowo. Coraz rzadziej zamiatali problemy pod dywan, coraz częściej rozmawiali o trudach (2 Kor 12,10).

On lądował na policyjnym dołku (!), ona rzucała pierścionkiem zaręczynowym. W końcu…

…27 czerwca 2015 roku ślubowali wzajemną miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz przyrzeczenie wytrwania przy drugiej osobie aż do śmierci, wraz ze wszystkim tym, czym (i kim!) Bóg zechce ich obdarzyć (Jr 29, 11).

Marzyli o tym, by zaświadczyć przed gośćmi weselnymi o tym, że Pan jest Panem, nie dodatkiem, ale istotą i celem. Że nie trzeba żyć w celi (i z batem!), by tego doświadczać.

„To był najlepszy ślub na jakim byłam”, „moc”, „zazdroszczę wam takiej wiary”, „ale wyście się uśmiechali”, „co za radość”, „nigdy nie byłam na takiej mszy”… to tylko niektóre ze świadectw, które usłyszeli, przeczytali.

Oni marzyli, Pan Bóg zrobił (i stale robi!) resztę.

Po 5 latach małżeństwa wciąż ponoszą konsekwencje grzechów sprzed ślubu, wciąż grzeszą nowymi. Mimo najszczerszych chęci i ciągłego przebaczania, są tylko ludźmi i czasami odrywają strupy ze starych ran.

Na całe szczęście Jezus jest wierny i nie nuży się zalewaniem oliwą i winem skutków ich życiowych wywrotek. Chcą żyć z Nim. On żyje z nimi. Tak, jak obiecał (Mt 18, 19-20).

Uczą się od Niego, że w życiu nie chodzi o życie bez gleby, ale o to, że kochać to znaczy (z tej gleby) powstawać. Jemu chwała!

Monika i Marcin Gomułkowie „Początek Wieczności”

Portret-Ks.Teodor

ks. Teodor Sawielewicz „Teobańkologia”

Chciałbym odsłonić przed wami moją tajemnicę. Dlaczego tak dużo mówię o stracie, o trudnościach, o bólu, o wzrastaniu wiary pośród życiowych burz. Chciałbym wam opowiedzieć świadectwo swojego życia. Jak doszedłem do punktu, w którym teraz jestem.

Mam 32 lata. Urodziłem się na wsi, w rodzinie rolniczej, wielodzietnej. Mam 3 starsze siostry. Mój tato był niesamowicie zaradny. Praktycznie od zera rozwinął duże gospodarstwo. Pierwszy telewizor kolorowy w wiosce mieliśmy właśnie my, te 30 lat temu. Chciał mieć syna, któremu mógłby przekazać gospodarkę. Okazało się, że musiał poczekać – pierwsza córka, druga, trzecia i dopiero syn.

Miałem 3 lata. Wtedy mój tato zginął tragicznie w wypadku samochodowym. Zostawił czwórkę małych dzieci. Mama musiała sobie poradzić finansowo i zadbać o 20 hektarów gospodarstwa. Można sobie tylko wyobrazić, ile czasu mogła dla nas poświęcić, bo po prostu musiała pracować. Nie wytrzymała tego długo. Gdy miałem 7 lat, musiała przejść na rentę z powodu choroby. Wyobraźcie sobie mamę wychowującą czwórkę uczących się dzieci, której jedyny dochód jest z renty… Nie przelewało się nam w domu. Pamiętam moje wspomnienie z dzieciństwa, że stanąłem przed półką z butami i tam były adidasy. Patrzyłem na takie za 150zł i myślałem: „kurcze, kogo na to stać, takie drogie. Kiedy będę mógł sobie takie kupić”. Taka była rzeczywistość.

Gdy poszedłem do gimnazjum ujawnił się mój talent do biegów długodystansowych. Okazało się, że mam wspaniałe predyspozycje. Chcę się tym pochwalić, żeby pokazać wam, co Pan Bóg zrobił z tym darem. Szybko się rozwijałem. Zdobyłem wicemistrzostwo Dolnego Śląska. Pojawiały się coraz lepsze wyniki, wyjazdy na obozy, wiele osiągnięć, wiele medali. Moja forma cały czas wzrastała. Osiągałem niesamowite rezultaty na badaniach wydolnościowych. Po 2 latach przygotowywałem się już na mistrzostwa Polski, na których miałem nadzieję zdobyć medal.

Niedługo przed mistrzostwami okazało się, ze zaczął mi doskwierać ból kolana. Ten, kto biega albo uprawia wyczynowo jakiś sport wie, jak szybko forma potrafi uciec. To było dokładnie 2 kwietnia 2005 r. Mimo wszystko pojechałem z Platerówki, mojej miejscowości koło Zgorzelca, przez całą Polskę do Białegostoku. Pobiegłem. To była totalna porażka. Wielkie upokorzenie. Śmierć dla sportu. Pamiętam to upokorzenie, ten moment po biegu, który miał być taki wspaniały, a tu nagle jednak wielka ciemność. Wewnętrzny ból, z którym nie mogłem się pogodzić. Wpadłem później w taką apatię, w taką nienawiść do siebie. Zapisałem wtedy w pamiętniku: „nienawidzę siebie za to, co się wydarzyło”. Jestem przekonany, że te wydarzenia były rozdarciem serca tylko po to, żeby Pan Bóg mógł przyjść do mnie ze swoim Słowem.

Nie wiem, czy było to jakieś zaburzenie psychiczne. Na pewno zaburzenie jedzenia. Potrafiłem „zażerać” swoje problemy. To było życie od posiłku do posiłku. Miałem wtedy 17 lat. Ponadto miałem nieadekwatne wyrzuty sumienia. Potrafiłem je mieć, gdy mi kilka płatków śniadaniowych upadło na ziemię. Były to bardzo uciążliwe, nerwicowe odruchy. Później spotkałem Boga w PKS-ie. Powiedział mi przez Słowa Biblii bardzo dosadnie: „co chcesz, abym Ci uczynił?” odpowiedziałem jak Bartymeusz: „Panie, żebym przejrzał”. „Przejrzyj, twoja wiara cię uzdrowiła”. Od tych słów zaczęła się niesamowita przygoda. W tym wszystkim wielkie zmaganie o to, żeby być z Jezusem, aby się modlić. Spotkałem kierownika duchowego, który bardzo mi pomógł. Poprowadził mnie i powoli doświadczałem, jak Pan Bóg przychodzi, jak uzdrawia, uwalnia, jak otwiera oczy.

Dzisiaj patrzę w przeszłość i widzę, jak w moim życiu przejawia się tajemnica krzyża. Nie chcę się jakoś z innymi licytować. Pewnie macie większy krzyż ode mnie, ale ja miałem akurat taki. To była moja droga do Boga, moja droga do nieba. Wierzę w to, że Pan Bóg prowadzi mnie najbardziej optymalną drogą i bardzo lubię jeden obraz. W sztukach walki są takie ciosy, że chwyta się przeciwnika w taki sposób, że z im większą siłą przeciwnik uderzy, tym bardziej leży na łopatkach. On uderza, ja go chwytam, robię dźwignię i przerzucam. On leży, ponieważ przekierowania na niego została jego własną siła uderzenia. To się zdarzyło na krzyżu. Im bardziej Jezus oberwał od zła, tym większym stał się zwycięzcą. Jestem przekonany, że Pan Bóg poprowadził mnie tak, żeby uczynić mnie jeszcze tym większym zwycięzcą.

„On ćwiczy moje ręce do bitwy, a ramiona – do napinania spiżowego łuku” (Ps 18, 35). Jeśli ktoś skorzysta na tym świadectwie, jeśli coś zrozumieliście, to wiedzcie, że to wyrosło na „rozoranym” sercu, łasce Ducha Świętego i na moim życiowym „gnoju”, który staram się wciąż oddawać Bogu. Dziękuję wam, że znaleźliście czas, żeby to przeczytać i podzielić się z innymi tym świadectwem.