Kuba-Portret

Kuba Nowak „Anatom”

Wiary moim zdaniem nie da się nauczyć. Nie można jej wyczytać z mądrej książki, pojąć rozumem w ramach pouczającego wykładu czy pięknej historii opowiedzianej ustami blogera, księdza, rapera.

Taką wiarę teoretyczną można obalić bardzo łatwo, na przykład poprzez zamach na jakąś wyższą wartość, chociażby życie. Wiara niezwyciężona rodzi się w drodze, na spotkaniu. Brzmi bardzo górnolotnie, filozoficznie? Spróbuję prościej. Jeżeli nie wiem, kim osobiście jest DLA MNIE Jezus, nie dla całej ludzkości, nie według katechizmowej regułki, ale DLA MNIE. Jeżeli nie potrafię opowiedzieć o chociażby jednym spotkaniu z Nim, które nieodwracalnie odmieniło moje życie, to najpewniej nie wierzę naprawdę. Jeśli jednak rzeczywiście spotkałem Jezusa i pielęgnuje w sobie to niezwykłe doświadczenie, to NIKT nie będzie w stanie mi wmówić, że On nie istnieje.

No bo jak mógłby nie istnieć, skoro JA GO SPOTKAŁEM!?

Chciałbym Cię zaprosić, abyś wyruszył(-ła) w drogę na swoje osobiste spotkanie ze Zbawicielem, bo choćbyś przeczytał(-ła) setki takich świadectw, jak te tutaj. Jeśli sam(-ma) nie doświadczysz tej absurdalnej miłości, która przemienia wszystko – to nie uwierzysz, bo to jest doprawdy NIEWIARYGODNE!

Nazywam się Kuba, mam 27 lat i odkąd pamiętam byłem marzycielem. Pochodzę z rodziny o modelu dosyć typowym jak na dzisiejsze czasy – tata alkoholik, mama starająca się być tatą i mamą w jednej osobie i starszy brat, w wielu sytuacjach zastępujący tatę dla mnie, a życiowego partnera i oparcie dla mamy. Wiara w naszym domu była tylko w teorii, jak w wielu na pozór katolickich rodzinach. Nie przywiązywałem więc do niej zbyt dużej wagi. Marzyłem o wielkiej karierze muzyka i byłem pewien, że ta droga da mi spełnienie i szczęście. Robiłem co mogłem, aby tak się stało. Chciałem w ten sposób być lubiany, akceptowany, kochany. Mając 14 lat, zacząłem grać koncerty. Doświadczyłem wtedy świata rozrywki od wewnątrz. Pochłonął mnie on na długie 7 lat.

Zabawa i rock’n’rollowy styl życia sprawiały mi ogromną przyjemność. Wtedy to było moim szczęściem. Nie widziałem w tym nic złego, ponieważ masa moich idoli z tamtego czasu żyła w taki sposób i wyglądała na zadowolonych. Chciałem dla siebie takiego samego scenariusza. Bardzo szybko wpadłem w sidła wielu uzależnień, z czego na tamten moment kompletnie nie zdawałem sobie sprawy. W konsekwencji raniłem swoją rodzinę, zawaliłem szkołę, rozwój sportowy. Odciąłem wiele wartościowych relacji, które zamieniłem na bezwartościowe, przelotne i destrukcyjne znajomości. Koniec końców, przez lenistwo i wieczną zabawę, przegrałem nawet swoją wymarzoną muzyczną karierę, która była dla mnie najważniejszym życiowym celem. Mając 21 lat, w 2014 r. zaraz przed rozpoczęciem wakacji, zostałem z niczym.

Całe tamto lato wspominam jako stromą równia pochyła w dół, która w efekcie doprowadziła mnie na skraj życia i śmierci. Wyrzuty sumienia męczyły mnie przy każdej możliwej okazji, a nadzieja na jakąkolwiek zmianę bezpowrotnie odeszła. Na początku września dałem sobie ostatnią szansę na zmianę, a w wypadku niepowodzenia postanowiłem odebrać sobie życie.

W sobotę 13 września, w dzień planowanego przeze mnie samobójstwa, w moim rodzinnym mieście odbywało się wydarzenie w ramach akcji Wspólny Mianownik. Były to spotkania organizowane przez chrześcijańskich raperów, mające na celu dobrą zabawę przez muzykę i sport. Jednak w dodatku z ewangelizacją i wspólną modlitwą nie były dla mnie atrakcyjną opcją. Nie planowałem się tam wybierać, jednak ciekawość i zwyczajny „zbieg okoliczności” zwyciężyły. Około godz. 15:00 znalazłem się na ogrodach kościoła, przy którym odbywało się spotkanie. Nadmienię, że w tamtym okresie czasu do kościoła chodziłem jedynie w okresie Świąt Wielkanocnych, a spowiadałem się ostatni raz przed przyjęciem Sakramentu Bierzmowania, czyli jakieś 3 albo 4 lata wcześniej.

Po chwili bezczynnego stania i gapienia się w radosny tłum, wdałem się w rozmowę z Olą, moją koleżanką z ‘dawnych czasów’. Ola była także osobą po przejściach, zapewne nawet cięższych niż ja. Opowiadała mi historię swojego nawrócenia z gigantycznym uśmiechem na twarzy. W tamtej chwili byliśmy jak dwie skrajności stojące naprzeciw siebie. Jednak w moim sercu pojawiła się iskierka nadziei. Pomyślałem, że „może warto spróbować? Przecież nie masz nic do stracenia!” Ola po tym wydarzeniu zaprosiła mnie na afterparty, a ja – nie wiedzieć czemu – od razu się zgodziłem. Skazałem się na całą noc z „nawiedzonymi kato-świrami”. Ale to właśnie tamto spotkanie odmieniło moje życie. Po raz pierwszy zobaczyłem ludzi naprawdę szczęśliwych, którzy na sto procent postanowili żyć Ewangelią. Byli jakby nie z tego świata! Ich otwartość, serdeczność, dobroć i miłość, bijące na wszystkie strony, wydawały się tak nierealne, niespotykane w świecie, w którym żyłem do tej pory! Byłem pewien, że skoro dzisiaj ludzie potrafią tak żyć i to im zupełnie wystarcza, to musi być Bóg, który ich do tego uzdolnił. I wtedy zdecydowałem się pójść tą samą drogą.

„Pamiętasz? Tamtego dnia miałem nie żyć, a tu się życie zaczęło od nowa”.

Dzisiaj, po sześciu latach od tamtej chwili, jestem szczęśliwym Bożym Dzieckiem, mężem, synem, bratem, przyjacielem, posiadaczem własnego mieszkania, raperem i ewangelizatorem, Młodym Wilkiem Popkillera i można by tak wymieniać i wymieniać! Wiem, że wtedy na Wspólnym Mianowniku spotkałem Jezusa. W Oli i w jej historii, w każdym z ekipy na afterparty. Spotykam Go do dzisiaj. Regularnie pozwala mi się poznawać, a przyjaźń z Nim, to najwspanialsza przygoda mojego życia! Zapytacie, czy wszystko idzie jak po maśle i życie jest lekkie jak nigdy wcześniej? Jasne, że nie! Szczerze, to największe wyzwanie przed jakim kiedykolwiek stałem. Najtrudniejsza droga, jaką mogłem sobie wybrać! Ale kupił mnie swoją Miłością i wiem, że nic i nikt już nigdy nie da mi tego samego.

„Panie, do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego” (J 6, 68)

Tags: No tags
0