Ks.Michal-Portret

ks. Michał Olszewski SCJ

Chcę złożyć świadectwo na cześć Tego, który jest jedynym Panem i Zbawicielem, i pragnę powiedzieć wszystkim, do których dotrą te słowa, że Jezus żyje! Nie jest Bogiem martwym, ale Bogiem żywym.

«Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu! Kto uwierzy i przyjmie chrzest, ten będzie zbawiony; a kto nie uwierzy, będzie potępiony. Te zaś znaki towarzyszyć będą tym, którzy uwierzą: w imię moje złe duchy będą wyrzucać, nowymi językami mówić będą; węże brać będą do rąk i jeśliby co zatrutego wypili, nie będzie im szkodzić. Na chorych ręce kłaść będą, a Ci odzyskają zdrowie» (Mk 16, 15-18).

– Gdy 1 lutego 2002 r. przekraczałem progi klasztoru, aby rozpocząć okres postulatu, pierwszego etapu na bezpośredniej drodze do kapłaństwa, nie zdawałem sobie sprawy z tego, że kapłaństwo będzie wypełnieniem się właśnie tych słów Jezusa, które On wyrzekł do swoich uczniów przed dwoma tysiącami lat. Posłał swoich następców, by głosili Słowo całemu światu. Zapewnił też, że będzie to Słowo owocne, z mocą, dające zbawienie tym, którzy uwierzą. Obiecał również, że będzie potwierdzał ich misję znakami. Na kolejnych stronach chcę zaświadczyć o tym, że Jezus mówił prawdę.

Niejednokrotnie zastanawiałem się nad momentem, w którym zacząłem zdawać sobie sprawę z tego, że jestem powołany do kapłaństwa. Bardzo przeżyłem pewne wydarzenie w mojej rodzinnej diecezji, która w roku bodajże 1998 zorganizowała dla młodzieży tygodniowe forum w Tarnowie. Cały tydzień, który obfitował w wiele ciekawych wydarzeń, zakończyliśmy całonocnym czuwaniem w kościele parafialnym w Tarnowie-Mościcach. Pamiętam doskonale jak podszedłem do stojącego przed ołtarzem kosza pełnego cytatów z Pisma Świętego. Ksiądz prowadzący modlitwę, zanim zaczęliśmy podchodzić po Słowo, powiedział nam, że to, co wyciągniemy z kosza, jest słowem dotyczącym naszego powołania. Do kosza zbliżyłem się w towarzystwie mojej kuzynki Grażyny, która po kilku latach zginęła pod kołami samochodu, oraz jej przyjaciółki. Włożyłem rękę do kosza. Zamieszałem, nie wierząc słowom wypowiedzianym chwilę wcześniej przez kapłana i odczytałem moją kartkę: „Nie lękaj się, bo cię wykupiłem, wezwałem cię po imieniu, tyś moim…” (Iz 43, 1). Moja kuzynka spojrzała na cytat i powiedziała: „Misiek, ty będziesz księdzem!” Przyznam szczerze, że wtedy popatrzyłem na nią i wyśmiałem ten pomysł. Tym bardziej, że coraz większą sympatią zaczynałem darzyć jej przyjaciółkę, która nam towarzyszyła. Ale w głębi serca poczułem coś w rodzaju ukłucia, którego nie zapomnę do końca życia. Słowo Boże jak miecz zaczęło mnie powoli i delikatnie przeszywać, aby doprowadzić do ołtarza.

Po przyjeździe z Tarnowa żyłem normalnie, tak jak przed tym, czego doświadczyłem w tamtych dniach. Jednak nadszedł kolejny moment w moim życiu, kiedy to Pan Jezus bardzo mocno się o mnie upomniał. W parafii w Laskowej, do której administracyjnie nie należeliśmy, ale całe nasze życie religijne z racji szkoły i zaangażowania toczyło się właśnie w tej wspólnocie, w roku 2000 miały miejsce misje ludowe, zakończone peregrynacją kopii obrazu Matki Bożej Częstochowskiej. W następnym roku czekała mnie matura i czułem ogromne przynaglenie, aby oddać Matce Bożej moje życie i poprosić Ją, by pomogła mi odnaleźć moją życiową drogę. Uczyniłem to w moim osobistym akcie zawierzenia, gdy podczas uroczystości peregrynacyjnych oddawaliśmy młodzież naszej parafii Matce z Jasnej Góry. W następnych dniach jeździłem od parafii do parafii w naszym dekanacie, by na kolejnych etapach tych cudownych odwiedzin Pani Częstochowskiej ponawiać moją prośbę. Kolejne mocne wydarzenie w moim życiu i kolejny raz po tych kilku dniach, jakby zapomniałem o wszystkim i żyłem dalej.

Wielkimi krokami zbliżała się matura. Zacząłem więc układać życiowe plany. Szukałem swojego miejsca w świecie. Myślałem o studiach, dalszych sukcesach sportowych czy zaangażowaniu w politykę. Marzyłem o założeniu rodziny i stworzeniu domu na wzór tego, w którym się wychowałem. I – jak to już Pan Jezus zdążył mnie do tego przyzwyczaić – po raz kolejny stanąłem wobec wydarzeń, które skutecznie zmąciły mój spokój i zmusiły do poszukiwań w sercu tego, co prawdziwe. Gdy do matury pozostało kilka miesięcy, nasz katecheta zaproponował męskiej części klasy wizytę w domu rekolekcyjnym w Koszycach Małych k. Tarnowa. Mieliśmy odbyć rekolekcje przedmaturalne. Żartowaliśmy z niego, że jak zorganizuje nam w piątek wolne od zajęć, to pojedziemy. I tak się stało. Ksiądz Jerzy wszystko ustalił z wychowawczynią i oto wyruszyliśmy w drogę, która pozwoliła mi pierwszy raz w życiu spotkać sercanów. Nasz wyjazd motywowaliśmy chęcią poprawienia statystyk parafialnych. Pan Bóg miał jednak inne plany wobec nas wszystkich.

Nasze rekolekcje rozpoczęliśmy w piątek wieczorem. Motywacje mieliśmy niezbyt pobożne, więc od pierwszego dnia zaczęliśmy rozrabiać. Po kolacji pozabieraliśmy dzbanki z herbatą do pokojów. Gdy przed spaniem trzeba było je odnieść, aby nie brakowało ich podczas śniadania i aby się nikt nie zorientował, że je zabraliśmy, postanowiłem się podjąć tego odpowiedzialnego zadania i urosnąć w oczach grupy. Gdy przechodziłem korytarzem, jeden z dzbanków wypadł mi z ręki. W wyniku rumoru, który uczyniłem, otworzyły się jakieś drzwi i stanął przede mną mężczyzna z brodą, wyglądający jak jakiś mnich kameduła. Usłyszałem pytanie: „Co się stało?” Odpowiedziałem, że nic, że zaraz to posprzątam i że oddam mu pieniądze za ten dzbanek. Domyślałem się, że jest kimś ważnym w tym domu, skoro tak ze mną rozmawia. On na to: „Nie będziesz płacił, ale kiedyś to odrobisz!” Odpowiedziałem, że nic nie będę odrabiał. Płacę i nie ma sprawy. A on dorzucił na odchodne: „odrobisz, odrobisz” i zamknął za sobą drzwi. Na drugi dzień rano spodziewałem się jakiejś dalszej części nocnych wydarzeń związanych z dzbankiem. Nie myliłem się. Po śniadaniu człowiek, przed którego drzwiami odbyłem zeszłej nocy rozmowę o dzbanku, zawołał nas, czyli całą grupę limanowską do siebie. Był ubrany w dżinsowe spodnie i wypłowiały podkoszulek, a na szyi miał zawieszony dziwny krzyż. Zadał nam pytanie: „Jesteście z Limanowej?” I nie czekając na odpowiedź kontynuował: «To lubicie trzy razy „c” – cysto, cyjo i censto…» Ujął tym żartem nasze góralskie serca i otworzyliśmy się na rozmowę z tym człowiekiem. Po chwili oznajmił nam, że jest księdzem, zakonnikiem. Że ten dom to dom rekolekcyjny księży sercanów, w którym aktualnie diecezja tarnowska organizuje rekolekcje przedmaturalne dla młodzieży, a on jest w nim przełożonym. Pamiętam, że wtedy zapytałem go, co za dziwny krzyż nosi na piersi. Miał on bowiem równe charakterystyczne ramiona, a na środku wycięte serce. Odpowiedział, że to krzyż sercański. Taki, który noszą księża i bracia ze Zgromadzenia Księży Sercanów. Puste serce mają za zadanie wypełniać miłością do Boga i ludzi. Chwilę jeszcze pożartowaliśmy z ks. Kazimierzem, z kapłanem, którego w następnym roku spotkałem już na jednym z klasztornych korytarzy naszego postulatu w Pliszczynie.

Gdy przyszedł czas matur, skupiłem się na tym, aby możliwie dobrze zdać egzaminy. Postanowiłem, że chcę wejść na drogę, którą poszedł mój Tato. Studia budowlane, praca w jednej rodzinnej firmie z Tatą i założenie dużej rodziny. Pierwszego lipca byliśmy całą rodziną na Mszy św. w niedzielę, po której wraz z Tatą mieliśmy pojechać do Warszawy. Powodem były egzaminy wstępne na Politechnikę Warszawską, które odbywały się w dniach 2-3 lipca. I nic by w tym nie było nadzwyczajnego, gdyby nie kolejne „odwiedziny”, jakie Pan zgotował mi przez swoje Słowo. Podczas odczytywania przez kapłana fragmentu Ewangelii usłyszałem pytanie bogatego młodzieńca skierowane do Jezusa: „Nauczycielu, co dobrego mam czynić, aby otrzymać życie wieczne?” Miałem wrażenie, że ten dialog, który nastąpił później, odbywa się na poziomie mojego serca. Jezus «odpowiedział mu: Dlaczego Mnie pytasz o dobro? Jeden tylko jest Dobry. A jeśli chcesz osiągnąć życie, zachowaj przykazania. Zapytał Go: Które? Jezus odpowiedział: Oto te: Nie zabijaj, nie cudzołóż, nie kradnij, nie zeznawaj fałszywie, czcij ojca i matkę oraz miłuj swego bliźniego, jak siebie samego! Odrzekł Mu młodzieniec: Przestrzegałem tego wszystkiego, czego mi jeszcze brakuje? Jezus mu odpowiedział: Jeśli chcesz być doskonały, idź, sprzedaj, co posiadasz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za Mną! Gdy młodzieniec usłyszał te słowa, odszedł zasmucony, miał bowiem wiele posiadłości» (Mt 19, 17-22).

Poczułem się słabo i moje czoło oblał pot. Bardzo mocno to przeżyłem. Ale wtedy odszedłem dokładnie taki, jak ten młodzieniec z Ewangelii – zasmucony. Wychodząc z kościoła po Mszy św., rzuciłem jeszcze w stronę tabernakulum, że „nigdy nie zostanę księdzem”!

Dzień po egzaminach wraz z moim młodszym bratem jechaliśmy do Pucka na zgrupowanie sportowe. W przedziale pociągu, którym podróżowaliśmy, siedziało oprócz nas jeszcze trzech panów w podobnym wieku, którzy dla nas – obytych w środowisku wspólnot kościelnych – od razu wydali się podejrzani. Nad głową jednego z nich na półce położony był brewiarz. Inny miał na szyi zawieszony krzyż, który kiedyś już spotkałem. Ten charakterystyczny krzyż, z równymi ramionami i pustym sercem. Po chwili zapytałem: „Czy panowie są…” Nie dokończyłem, gdy jeden z nich mi przerwał i odpowiedział: „Tak, jesteśmy księżmi”. Zapytałem, czy przypadkiem nie są z tego zgromadzenia co ks. Kazimierz, którego spotkałem kilka miesięcy temu. Odpowiedzieli, że tak i po kilku godzinach mile spędzonego czasu wręczyli nam ulotki powołaniowe i zaprosili do Warszawy, gdzie mieszkali. Bardzo szybko moje ulotki oddałem bratu, twierdząc, że jemu bardziej się przydadzą, a odwiedzić księży w Warszawie – choć miałem szczere chęci – nigdy mi się nie udało. Spotkaliśmy się dopiero w dniu mojego przyjęcia do zgromadzenia.

Przez całe wakacje wracała w moim sercu myśl i to Boże ukłucie, którego doświadczałem kilka razy podczas mojego dorastania, a które nie pozwalało mi ot tak przejść nad tym wszystkim, co duchowe. Jezus nie odpuszczał i kołatał w moje serce z całych sił. Z drugiej zaś strony pozostawiał mi przestrzeń wolności i mówił: „Jeśli chcesz…” Nic mnie jednak nie złamało i rozpocząłem studia w stolicy. Te trzy miesiące pod względem duchowym były horrorem. Nie mogłem się uwolnić od tego ciągłego, cichego i spokojnego „pójdź za Mną”. Wszędzie słyszałem te słowa Jezusa. Gdy budziłem się rano, gdy jechałem samochodem, gdy stałem w korkach ulicznych, gdy siedziałem na uczelni, gdy spotykałem się ze znajomymi, gdy chodziłem do kościoła. W pewnym momencie, chcąc się uwolnić od tego głosu sumienia, przestałem się modlić. I wtedy tak bardzo mnie irytowało, a z drugiej strony było potężnym świadectwem, gdy widziałem wieczorami mojego Tatę na kolanach. Chciałem wtedy uciec z mieszkania, by na to nie patrzeć, by nie myśleć, nie słuchać… Gdy w jedną z niedziel uczestniczyłem w Eucharystii w kościele na placu Wilsona, gdzie pracował, męczeńsko zakończył życie i został pochowany bł. ks. Jerzy Popiełuszko, usłyszałem w sercu wyraźne słowa, że mam być z drugiej strony ołtarza. Tego było za wiele. Wybiegłem z kościoła i obiecałem sobie, że już nie pójdę na Mszę świętą.

Był grudzień i wielkimi krokami zbliżały się święta. Wraz z nimi nadchodziły dramatyczne wydarzenia i moment, w którym moje życie obróciło się o 180 stopni. Pamiętam doskonale ten bolesny piątek 14 grudnia 2001 r., który stał się początkiem mojego nawrócenia. Gdy dotarliśmy do domu, moja Mama poinformowała nas, że Grażynka – kuzynka, z którą byłem na forum młodzieży, o czym wspominałem wcześniej – została potrącona przez samochód na przejściu dla pieszych w Krakowie, gdzie studiowała. Tydzień wcześniej w drodze powiedziałem jej o moich duchowych problemach i o moim powołaniu. Nic nie odpowiedziała, milczała. Jako jedyna wiedziała o tym, co dzieje się w moim sercu i do czego Pan mnie wzywa. W niedzielę 16 grudnia, nie odzyskawszy przytomności, Grażynka zmarła. Gdy dzień przed pogrzebem przeglądałem pamiątki, jakie mi po Niej zostały, natrafiłem na „Pomocnik uczestnika” z diecezjalnego forum młodzieży. Z małej białej książeczki, na której pierwszych stronach widniały podpisy uczestników, m.in. Grażyny, wypadła karteczka z cytatem, który mówił o mojej drodze życiowej. Odczytałem: „Nie lękaj się, bo cię wykupiłem. Wezwałem cię po imieniu, tyś moim” (Iz 43, 1). Rozpłakałem się i nie wiem, ile trwało zanim doszedłem do siebie. Ale tamtej nocy podjąłem decyzję o tym, że zostawiam wszystko i idę za Jezusem. Gdy na drugi dzień trumna z ciałem Grażynki była składana w grobie, to w moim sercu dudniło pytanie, czy trzeba było aż takiej ofiary, abym to zrozumiał? Bóg „wyczuł” moment i wkroczył w moje życie z przypomnieniem, kto jest jego Panem. W tamtych dniach chyba, jak nigdy wcześniej i nigdy później, zrozumiałem, że tylko Jezus jest Panem mojego/naszego życia. Panem naszych narodzin, naszego bycia tutaj na ziemi i naszego umierania.

Na drugi dzień po pogrzebie udałem się do śp. ks. Józefa Kiełbasy – ówczesnego proboszcza w Laskowej, a dziś mogę także z przekonaniem powiedzieć: mojego duchowego ojca z tamtego okresu – aby poinformować go o moich planach wstąpienia do zgromadzenia zakonnego.

Jako że wspomniane przeze mnie misje z 2000 r. prowadzili oo. redemptoryści, a jednym z rekolekcjonistów był rodzony brat ks. Józefa, o. Stanisław, oznajmiłem, że idę właśnie do tej wspólnoty. Poczciwy ks. Józef doradzał mi, bym nie przerywał studiów, bym dokończył pierwszy rok, by opadły emocje po śmierci Grażyny. Ale ja nie odpuściłem, byłem bardzo zdeterminowany. Tylko ja i Jezus wiedzieliśmy, ile tak naprawdę trwa już moja ucieczka od powołania. Jak się jednak okazało, oo. redemptoryści nie przyjmowali kandydatów w połowie roku akademickiego. Byłem załamany. Myślałem, że się pomyliłem. Odczytałem to jako znak, że nie mam powołania. I wtedy, gdy siedziałem załamany w moim pokoju, przyszedł do mnie mój brat, Grzegorz, z którym minionego lata jechałem do Pucka na zgrupowanie i z którym spotkaliśmy sercanów w pociągu, o których ja na tamtą chwilę zupełnie zapomniałem. Wręczył mi powołaniowy folderek i powiedział: „Może to ci księża, a nie tamci?” Wtedy poczułem taki przypływ nadziei do mojego serca, że byłem pewien, że to Pan przysyła w tym momencie mojego brata i że te wszystkie chwile, gdy spotykałem sercanów na mojej drodze nie były przypadkiem! Wpisałem w internecie adres strony zgromadzenia i znalazłem kontakt do księdza odpowiedzialnego za powołania. Zadzwoniłem. Kazał przyjechać. W pierwszy piątek lutego 2002 r. rozpocząłem moją wielką przygodę z Jezusem na ścieżkach życia zakonnego, a dziś także kapłańskiego. Niech Jezus pisze ją dalej.

Tags: No tags
0