Portret-Ks.Teodor

ks. Teodor Sawielewicz „Teobańkologia”

Chciałbym odsłonić przed wami moją tajemnicę. Dlaczego tak dużo mówię o stracie, o trudnościach, o bólu, o wzrastaniu wiary pośród życiowych burz. Chciałbym wam opowiedzieć świadectwo swojego życia. Jak doszedłem do punktu, w którym teraz jestem.

Mam 32 lata. Urodziłem się na wsi, w rodzinie rolniczej, wielodzietnej. Mam 3 starsze siostry. Mój tato był niesamowicie zaradny. Praktycznie od zera rozwinął duże gospodarstwo. Pierwszy telewizor kolorowy w wiosce mieliśmy właśnie my, te 30 lat temu. Chciał mieć syna, któremu mógłby przekazać gospodarkę. Okazało się, że musiał poczekać – pierwsza córka, druga, trzecia i dopiero syn.

Miałem 3 lata. Wtedy mój tato zginął tragicznie w wypadku samochodowym. Zostawił czwórkę małych dzieci. Mama musiała sobie poradzić finansowo i zadbać o 20 hektarów gospodarstwa. Można sobie tylko wyobrazić, ile czasu mogła dla nas poświęcić, bo po prostu musiała pracować. Nie wytrzymała tego długo. Gdy miałem 7 lat, musiała przejść na rentę z powodu choroby. Wyobraźcie sobie mamę wychowującą czwórkę uczących się dzieci, której jedyny dochód jest z renty… Nie przelewało się nam w domu. Pamiętam moje wspomnienie z dzieciństwa, że stanąłem przed półką z butami i tam były adidasy. Patrzyłem na takie za 150zł i myślałem: „kurcze, kogo na to stać, takie drogie. Kiedy będę mógł sobie takie kupić”. Taka była rzeczywistość.

Gdy poszedłem do gimnazjum ujawnił się mój talent do biegów długodystansowych. Okazało się, że mam wspaniałe predyspozycje. Chcę się tym pochwalić, żeby pokazać wam, co Pan Bóg zrobił z tym darem. Szybko się rozwijałem. Zdobyłem wicemistrzostwo Dolnego Śląska. Pojawiały się coraz lepsze wyniki, wyjazdy na obozy, wiele osiągnięć, wiele medali. Moja forma cały czas wzrastała. Osiągałem niesamowite rezultaty na badaniach wydolnościowych. Po 2 latach przygotowywałem się już na mistrzostwa Polski, na których miałem nadzieję zdobyć medal.

Niedługo przed mistrzostwami okazało się, ze zaczął mi doskwierać ból kolana. Ten, kto biega albo uprawia wyczynowo jakiś sport wie, jak szybko forma potrafi uciec. To było dokładnie 2 kwietnia 2005 r. Mimo wszystko pojechałem z Platerówki, mojej miejscowości koło Zgorzelca, przez całą Polskę do Białegostoku. Pobiegłem. To była totalna porażka. Wielkie upokorzenie. Śmierć dla sportu. Pamiętam to upokorzenie, ten moment po biegu, który miał być taki wspaniały, a tu nagle jednak wielka ciemność. Wewnętrzny ból, z którym nie mogłem się pogodzić. Wpadłem później w taką apatię, w taką nienawiść do siebie. Zapisałem wtedy w pamiętniku: „nienawidzę siebie za to, co się wydarzyło”. Jestem przekonany, że te wydarzenia były rozdarciem serca tylko po to, żeby Pan Bóg mógł przyjść do mnie ze swoim Słowem.

Nie wiem, czy było to jakieś zaburzenie psychiczne. Na pewno zaburzenie jedzenia. Potrafiłem „zażerać” swoje problemy. To było życie od posiłku do posiłku. Miałem wtedy 17 lat. Ponadto miałem nieadekwatne wyrzuty sumienia. Potrafiłem je mieć, gdy mi kilka płatków śniadaniowych upadło na ziemię. Były to bardzo uciążliwe, nerwicowe odruchy. Później spotkałem Boga w PKS-ie. Powiedział mi przez Słowa Biblii bardzo dosadnie: „co chcesz, abym Ci uczynił?” odpowiedziałem jak Bartymeusz: „Panie, żebym przejrzał”. „Przejrzyj, twoja wiara cię uzdrowiła”. Od tych słów zaczęła się niesamowita przygoda. W tym wszystkim wielkie zmaganie o to, żeby być z Jezusem, aby się modlić. Spotkałem kierownika duchowego, który bardzo mi pomógł. Poprowadził mnie i powoli doświadczałem, jak Pan Bóg przychodzi, jak uzdrawia, uwalnia, jak otwiera oczy.

Dzisiaj patrzę w przeszłość i widzę, jak w moim życiu przejawia się tajemnica krzyża. Nie chcę się jakoś z innymi licytować. Pewnie macie większy krzyż ode mnie, ale ja miałem akurat taki. To była moja droga do Boga, moja droga do nieba. Wierzę w to, że Pan Bóg prowadzi mnie najbardziej optymalną drogą i bardzo lubię jeden obraz. W sztukach walki są takie ciosy, że chwyta się przeciwnika w taki sposób, że z im większą siłą przeciwnik uderzy, tym bardziej leży na łopatkach. On uderza, ja go chwytam, robię dźwignię i przerzucam. On leży, ponieważ przekierowania na niego została jego własną siła uderzenia. To się zdarzyło na krzyżu. Im bardziej Jezus oberwał od zła, tym większym stał się zwycięzcą. Jestem przekonany, że Pan Bóg poprowadził mnie tak, żeby uczynić mnie jeszcze tym większym zwycięzcą.

„On ćwiczy moje ręce do bitwy, a ramiona – do napinania spiżowego łuku” (Ps 18, 35). Jeśli ktoś skorzysta na tym świadectwie, jeśli coś zrozumieliście, to wiedzcie, że to wyrosło na „rozoranym” sercu, łasce Ducha Świętego i na moim życiowym „gnoju”, który staram się wciąż oddawać Bogu. Dziękuję wam, że znaleźliście czas, żeby to przeczytać i podzielić się z innymi tym świadectwem.

Tags: No tags
0